23.01.2013

zimowy poranek

Spojrzałem rankiem za okno i zobaczyłem zaróżowione niebo. Wszędzie błękit, małe chmury podświetlone słońcem. Poszedłem więc zrobić pobudkę, bo chyba nie wypada spać skoro taki piękny dzień się zaczyna.
Długo budzić nie musiałem, ktoś przed domem skuwał lód i trudno w takiej sytuacji spać.

Pobiegłem sprawdzić jak wygląda na Krowiej Górce. Cała była zasnuta na różowo. Po drodze i mi i Pani rozjeżdżały się nogi, tak ślisko się zrobiło przez noc. Śnieg nie sypał, za to mróz musiał być spory. Wszystkie drzewa i krzaki są oszronione.
Na polach też uroczo, gdyby nie głód który zacząłem odczuwać, to dłużej bym sobie te landszafty oglądał;-)

 Nad strumykiem jeszcze ciemnawo, ale za to oszronione drzewa robiły przytulny tunel, choć podoba mi się też w tym miejscu po dużych opadach śniegu. Wtedy jest po prostu bajkowo.

21.01.2013

Braunwald

Tym razem na niedzielny spacer pojechałem do Braunwaldu, to również dość blisko naszej miejscowości, godzina jazdy samochodem.
Byłem ciekaw czy tym razem też będę musiał wskakiwać do gondoli, okazało się, że nie. Jechaliśmy czymś co wyglądało jak pociąg, jeden wagon, który wspinał się po specjalnych torach w górę, chwilami miałem wrażenie, że pionowo(Braunwaldbahn Linthal-Braunwald)! Wagon był podzielony ściankami na parę części, w jednej psy nie mogły przebywać, ale we wszystkich pozostałych już tak. I czułem, że inne psy też jadą tym wagonem, ale w moim "przedziale" byłem sam. Było bardzo przytulnie, bo było ciasno i leżałem opierając się o cudze plecaki. Oczywiście za zgodą właścicieli tych plecaków. Oto ujęcie z góry:
Podróż tym wagonem była krótka. Braunwald (1256m) jest mała, wakacyjną wioską, jest zakaz ruchu dla samochodów. Bagaże są przewożone z kolejki małymi samochodami elektrycznymi. Domki i pensjonaty są porozrzucane, wszystko to przypominało mi miejsce w którym wczasowałem rok temu.
Linthal, miejscowość z której jechaliśmy w górę tonęła w chmurach:
Po drodze widziałem obory w których mieszkały bardzo utytułowane krowy:
Nie dziwię się, że krowy tak wysoko mieszkają, latem muszą tu być piękne łąki i oprócz soczystej trawy panuje tu spokój. Mają więc tu wszystko co potrzebują. Zakładam, że i na gospodarza swojego nie mają co narzekać;-).
Eggstoecke, 2449m
Na tym terenie jest wiele tras zjazdowych, na biegi narciarskie, na zjazdy sankami, rakiety śnieżne i do wędrowania. Nasza pokrywała się z trasą saneczkarską, było to chwilami dość stresujące. Śniegu było tyle, że po prostu nie widać czy ktoś tam na tych sankach pędzi. Na szczęście był spory kawał trasy gdzie po prostu nie było nikogo. Aż trudno w to uwierzyć, że tak mało osób korzystało tego dnia z uroków zimy.
Ja oczywiście robiłem to co zwykle, żarłem śnieg, wskakiwałem w zaspy, rozpędzałem się na drodze(może tez miałem prędkość jak pędzące sanki?).

Trasa narciarska, środek dnia a jeszcze żaden narciarz tędy nie przemknął. Pomimo tych chmur było słonecznie i warunki na jeżdżenie były.
Ortstock 2717m. Te skaliste szczyty wyłaniały się zawsze nagle i wydawały się być tak blisko, że tylko  łapą sięgnąć.

Doszliśmy do Grotzenbuel,1559m. Tu był spory taras z widokiem na Orstock, Hoechturm, Grisset, Falengrube i Eggstoecke. Chwila odpoczynku, ja patrzę na wszystko nieco z góry, lubię kontrolować wydarzenia;-).
Okazało się, że stąd będziemy jechać w dół gondolą. Przyjechały cztery połączone ze sobą wagoniki, to były takie większe gondole, bez miejsc siedzących. Jazda trwała krótko, wyszliśmy na stacji Huttenberg i stamtąd poszliśmy do Braunwaldu skąd zjechaliśmy znów tym wielkim wagonem. Ciasno było, ale dla mnie przytulnie. Dodam tylko, że wszystkimi kolejkami ja mogłem poruszać się za darmo.
A taki był widok na Linthal gdy chmury już zniknęły.

16.01.2013

zimowa trasa

Ciągle myślami jeszcze wracam do mojej niedzielnej wycieczki. Było tam tak ładnie i miałem naprawdę wielką przestrzeń do szaleństw. Sama droga do doliny mnie na pewnym odcinku denerwowała, zbyt dużo zakrętów i moja drzemka przez to była co chwila przerywana. Z ulgą więc powitałem miejscowość Alt St. Johann. Sąsiednia miejscowość(malutka) Unterwasser, szczyci się tym, że to tutaj wychowywał się i uczęszczał do szkoły Simon Ammann.
Kim jest Simon Ammann, to każdy kibic Adama Małysza dobrze wie;-).
Wyskoczyłem żwawo z samochodu, rozejrzałem się i od razu mi się otoczenie spodobało. Czekała mnie jednak pewna niespodzianka -  parę minut jazdy gondolą.W dodatku za darmo, bo do Sellamatt (1350m) psy mogą bezpłatnie, miłe.
Teoretycznie taka jazda to nic nowego, w ubiegłym roku już tak podróżowałem. Mam jednak zawsze ten moment zawahania: wskoczyć do wagonika, czy może jednak nie?
Oczywiście wskoczyłem, bo Pani i Pan też weszli. Zdecydowanie nie podobała mi się metalowa podłoga, siedziałem  wierząc w to co Pan powiedział: jazdy jest mniej niż 10 minut. I tak było:-)
 Po przejściu paru metrów od stacji kolejki poczułem się jak w jakimś śnieżnym raju! Było tak dużo śniegu, a jaki był sypki!! Wokół mnie gigantycznie choinki, zaspy śnieżne proszące by w nie wskakiwać, droga zapraszająca do spacerowania. W zasięgu wzroku różne szczyty alpejskie, raz ukryte w chmurach, za chwilę już oświetlone słońcem. Trasy narciarskie po których śmigało sporo narciarzy. Na trasie po której wędrowałem można też uprawiać narciarstwo biegowe. Parę takich osób nas minęło, ale przez większość spaceru miałem wrażenie, że jesteśmy tam tylko we trójkę.
Czułem się taki swobodny, nikomu nie przeszkadzało, że nie idę na smyczy. Fakt, że jak się pojawiali w zasięgu wzroku jacyś narciarze czy wędrowcy, to Pan mnie przywoływał i grzecznie siedziałem czekając aż ludzie nas wyminą. No chyba że.. że ci ludzie sami do mnie zagadywali i mnie poklepywali. Wtedy oczywiście nie siedziałem jak kołek, tylko okazywałem radość.
Jedyne co mi podczas takich górskich spacerów dokucza, to głód. No tak, śniegu się najadłem, ale to chodziło o coś innego - muszę mieć paliwo by znaczyć teren:-)
Zjadłem trochę banana, na nic innego nie było szans. Zastanawiam się czy na takie wyjścia nie powinienem mieć zapewnionego jakiegoś prowiantu? Kawałek bagietki, suszony bekon, plastry ogórka, mała marchewka i oczywiście psie przysmaki-nagrody. W plecaku taki pojemnik z moim jedzeniem chyba by za wiele miejsca nie zajął.

Spacerując zrobiliśmy taką pętlę, czyli wróciliśmy do Sellamatt. Jeszcze chwila przy helikopterze i już znów trzeba wskakiwać do gondoli. Pan gondolowy umilił mi to wejście, bo jak mnie zobaczył, to zaraz się schylił i zaczął mnie misiować. I tak to trwało i trwało. Psy są tutaj naprawdę bardzo lubiane.
Razem z nami w dół jechała Narciarka, obecnie mieszkanka Szwajcarii, wcześniej USA. Zagadywała do mnie i nie przeszkadzało jej, że czasem ja trącam nosem.  Prowadziła z Panem i Panią tzw. small talk;-). Najbardziej zaskakującym momentem tej rozmowy było stwierdzenie, że w Polsce mówi się po łacinie. Tak, Narciarka nie wiedziała, że istnieje taki język jak polski.
 Potem już powrót do domu, tu nie ma co opisywać, bo zasnąłem zaraz po wyjechaniu z parkingu:-))

Na deser moje zdjęcie z gondoli. Mina nieco boleściwa i cierpiętnicza. Aż tak źle nie jest w tych gondolach, ale nie lubię takiego chybotania, dobrze że to nigdy za długo nie trwa.

14.01.2013

maszyna

Gdy już kończył się mój niedzielny spacer i schodziłem w stronę wyciągu, zauważyłem czerwony helikopter. Stał i błyszczał, a wokół chodzili ludzie, oglądali, robili zdjęcia, zagadywali pilota. Ja też podszedłem i nawet chciałem zwrócić się do pilota z prośbą o wspólne zdjęcie, tzn ja, pilot i helikopter.
Wiem, to takie przewidywalne.. ale nie znam osobiście żadnego pilota, ani też nigdy nie byłem tak blisko takiej wspaniałej maszyny. Mówiąc wprost chciałem wykorzystać sytuację.
Gdy się tak namyślałem, to nagle pojawili się inni mężczyźni, w takich samych kombinezonach jak pilot. Nieśli nosze z kimś, kto miał wypadek. Naturalnie wszyscy ciekawscy w sekundzie się odsunęli (ja też) i obserwowali akcję z odległości (i ja też).
Nosze sprawnie wjechały do środka pojazdu, trwało to tak szybko, że nawet nie zarejestrowałem tego momentu. Wszyscy ratownicy, oprócz pilota, siedzieli już na swoich miejscach. Silnik zaczął pracować robiąc niesamowity hałas. Duże i małe śmigło kręciły się coraz szybciej. W końcu i pilot już był na swoim stanowisku. I nagle poczułem że nie potrafię złapać tchu, a oczy zasypała mi fala śniegu. Nie wiedziałem co się dzieje, odwróciłem się więc tyłem.
Przez chwilę było jeszcze głośniej i ku zaskoczeniu już helikopter był nade mną! Dopiero potem na spokojnie obejrzałem ten start na filmiku.
Ta osoba poszkodowana musiała być wpierw zniesiona z góry do miejsca w którym helikopter miał możliwość wylądować. To jednak trochę trwało, bo podczas mojego spaceru widziałem jak ten helikopter nadlatywał.
Zapewne latanie to fajna rzecz, ale nikomu nie życzę by się o tym przekonywał w takich okolicznościach.


13.01.2013

niedzielna wycieczka

 Co za niespodzianka, byłem dzisiaj w pięknym miejscu - piękność ta polegała na ogromnej ilości śniegu. Jak to zobaczyłem, to po prostu zwariowałem ze szczęścia. Biegałem, dreptałem, wskakiwałem w śnieżne zaspy, robiłem psie adhd, śniegu najadłem się za wszystkie czasy. Teraz to czuję senność, wcześniej czułem też głód, ale już po kolacji, to mogę wygodnie ułożyć się na moim miejscu i śnić sobie o dzisiejszym spacerze. Szczegóły opowiem później, na razie tylko zaprezentuję siebie na tle śniegu;-)
 Zawsze pierwszy, na rozstaju dróg jednak oczekujący na instrukcje.
 Śnieg był bardzo sypki, a było go po psie pachy, przynajmniej w tym miejscu:-)

 Ha, na tym zdjęciu też jestem!
 Szczęśliwy pies.

pożeracz śniegu

12.01.2013

słoneczne dni

Tak jakoś ostatnio było ciepło, że pomyślałem iż wiosna za pasem. Jak ta myśl dotarła do wszystkich moich szarych komórek, to mózg wysłał odpowiedni sygnał dalej i zaraz zacząłem tracić zimowe futro. Okazuje się, że był to fałszywy trop i zmyłka. Zima trwa nadal, a największe mrozy jeszcze przede mną. Oczywiście wierzę w to, bo.. czekam  na  śnieg.
Tymczasem spacerowałem po okolicy i szukałem śladów wiosny;-). I jakieś znalazłem, naprawdę! Krzaki kwitły na żółto, niektóre drzewka miały różowe kwiaty, można naprawdę się pomylić i dać się nabrać.
Niestety takie przyjemne, pełne słońca dni rzadko się zdarzają. Najczęściej jest mgliście, a jak coś pada, to jest to deszcz. Na spacer zawsze wychodzę z przyjemnością, ale też wolę ładną pogodę. Wszystko wtedy wydaje mi się jakieś przyjaźniejsze, milsze, piękniejsze.
Nawet przyczajony kotek wywołuje wtedy uśmiech na mojej sznupie i łaskawie udaję, że żadnego kota nie widziałem. Kiedyś chciałbym aby jakiś kot mi wyjaśnił o co chodzi z tym czajeniem się, czy naprawdę koty myślą, że jak się nieco rozpłaszczą, to są niewidoczne? Może nie podejrzewają, że my psy, wyczuwamy je swoim doskonałym węchem?

leżę, nie myślę

Może powinienem zatytułować "śpię więc nie myślę":-). Tyle, że czasami po prostu tylko wyglądam jakbym spał, oczy mam lekko przymknięte, odbieram bodźce z zewnątrz, ale myśli nie skupiam na niczym konkretnym. Delektuje się bezruchem i pustką we łbie. Taki psi relaks.
Czas sobie płynie, pojawiają się jakieś sygnały, zapachy, ucisk na pęcherz, a ja nic. Jedynie dzwonek do drzwi potrafi mnie wyrwać z tego letargu, albo burczenie w brzuchu sygnalizujące porę karmienia.

Wróciłem już do swojego zwierzyńca:-), przez pierwsze dni miałem podczas spacerów sporo roboty. Musiałem przeanalizować wszystkie zapachy, czy czasem jakiś nowy nie przybył, pozaznaczać na nowo teren.
Tutejsze koty, taa.. od czasu tamtego wpisu coś się zmieniło. Nie wiem skąd koty się dowiedziały, że przeczytałem ich ulotkę. Jak tylko się pojawiam, to śmigają mi sprzed oczu aż czuję się tym chwilami zażenowany. Ledwo co jakiegoś wyczuję i chcę zgadać, to on znika z zasięgu mego wzroku. Pani mówi, że niektóre z kotów tak się maskują, że ja ich nie zauważam, być może. Wiadomo, że mam lepszy węch niż wzrok, a jak nie zawieje w moją stronę, to nie czuję kocich zapachów. Przyznaję, że koty potrafią się doskonale ukryć, ostatnio omal jednego nie nadepnąłem! Oboje się zdziwiliśmy! Jak już postanowiłem czającego się kota obszczekać, to on dawno był na drzewie. W sekundzie wlazł na gałąź.
Obszczekałem też któregoś dnia koguta. Trochę chyba wstyd?;-). Sam nie wiem. Wracałem z popołudniowego spaceru, a tu kogut pieje, to mu odpyskowałem, że takie dźwięki to pasują do poranka a nie popołudnia. Zamilkł obrażony. Nie miałem żadnych złych zamiarów, po prostu chciałem tak się poprzekomarzać.

Muszę jeszcze wspomnieć o tym, że teraz mam dwa stanowiska do spania. Lejzidoga w głównym pokoju i turystykę w komputerowym. I dlatego postanowiłem uznać komputerowy moim pokojem. Być może nawet zasugeruję przeniesienie tu lejzidoga, bo to jednak wygodniejsze legowisko, grubsze przez co bardziej je lubię.

7.01.2013

wizyta na treningu

Dostałem informację, że pierwszy w 2013 roku trening mojej drużyny będzie dostępny dla kibiców i poprosiłem Pana i Panią abyśmy pojechali pooglądać piłkarzy. Zgodzili się szybko i już pół godziny przed treningiem byliśmy na Waldstadion. Pojawiło się sporo osób, ale ja byłem jedynym przedstawicielem psiej społeczności. Mocno mnie to nakręciło! Szedłem bokiem boiska treningowego, a spojrzenia wszystkich były skupione na mnie. Jak się czułem? Jak jeden z drużyny, jak bohater jesiennej rundy:-))).
Pewnie Alex Meier się tak czuje jak idzie na trening, a ludzie się na niego gapią, pozdrawiają uśmiechem, robią dyskretnie (lub też całkiem otwarcie) fotki. Szedłem patrząc się niby tylko przed siebie, ale rejestrowałem jednocześnie to co dzieje się wokół mnie (tak, da się). Krok miałem równy, ogon dumnie podniesiony, wyraz pyska przyjazny. Pojawiły się i zaczepki, ale nie reagowałem.
Tak naprawdę chciałem zareagować, oj bardzo! pewnie na jakichś uściskach by się to skończyło, a może i na jakimś smakołyku znalezionym w kieszeni? Obawiałem się jednak, że dam się ponieść już na  wstępie emocjom i nic z oglądanie treningu nie wyjdzie, przynajmniej dla mnie.
Ponieważ pogoda była marna trening odbywał się na bocznym boisku, takim na które nigdy treningowi gapie nie mają wstępu. Tym razem mogliśmy wejść tam wszyscy. Boisko ma tę zaletę, że posiada oświetlenie i lokalne stacje telewizyjne mogły kręcić swoje relacje do woli. Niestety nie wiem czy gdzieś tam zostałem uwieczniony, szkoda;-).
Stanęliśmy nieco z tyłu, ale punkt obserwacyjny miałem dobry, a przy okazji nikt już na mnie nie cmokał i do mnie nie zagadywał.
Piłkarze zachowywali się dokładnie tak jak ja. Spoglądali tylko przed siebie, bądź w stronę trenerów. Czasem coś do siebie powiedzieli, ale przede wszystkim byli skupieni na wykonywaniu poleceń. Pani zawsze mówi, że treningi dostępne dla publiczności to taka pokazówa, ale dla mnie to bez znaczenia. Podobało mi się, że tak mogę tam stać i się gapić. Wpierw był taki ogólny rozruch i nawet obywało się bez piłki! Potem już pojawiły się zadania z piłką, a dopiero później coś na kształt meczu piłkarskiego.
Najbardziej bolało mnie to, że na boisku jest tyle piłek, a ja nie mogę tam wbiec i się nimi pobawić!
Rozmyślałem sobie, co by się stało gdybym się jakoś (ale jak???) zerwał ze smyczy i wbiegł na boisko. Czy panowie z ochrony wbiegliby za mną i by mnie wyrzucili?Czy dostałbym zakaz stadionowy?:D Czy Pan i Pani przyznaliby się do tego, że jestem ich psem? Ha ha, sam bym ich wskazał;-)
A może piłkarze by się ucieszyli z takiej niespodziewanej sytuacji, wielu z nich ma psy i na pewno wiedzą jak się zabawić z psem na boisku. Ta opcja najbardziej mi się spodobała i wydaje mi się najbardziej możliwa. Na pewno byłoby wesoło, a na koniec treningu pewnie dostałbym jeszcze futbolówkę z podpisami wszystkich zawodników i zaproszenie do wspólnego, pamiątkowego zdjęcia.
Chciałem napisać "zaproszenie do kolejnych wspólnych treningów", ale jestem jednak realistą;-).

1.01.2013

lubię spokój

  Przyznam, że sylwestrowy wieczór był dla mnie dość nerwowy. Jak wyszedłem na siku około 20-tej, to pierwsze co usłyszałem to wybuchy. Wbrew temu co wiele osób sugeruje, te dźwięki wcale nie przypominają burzy i trudno mi je sklasyfikować jako coś naturalnego (czyli występującego w przyrodzie). Po prostu odczuwam jakiś niepokój słysząc strzelanie petard. Szybko załatwiłem więc co trzeba i wróciłem do domu. A większość tego wieczornego wyjścia szczekałem, tak w ciemność..
W domu parę razy też mi się jakieś szczekanie wyrwało, ale potem już okna były zasłonięte, a muzyka zagłuszała dźwięki z zewnątrz.
Sam od siebie postanowiłem skupić się na czymś innym, ułożyłem się na kanapie, pogapiłem w lampkę z lawą, na to co w tv, aż poczułem senność. Zasnąłem i potem to już tylko pozycje na kanapie zmieniałem:-). Atak petardowo-fajerwerkowy trwał do jakiejś pierwszej w nocy, przynajmniej w mojej okolicy.
Dobrze że noc sylwestrowa jest tylko raz w roku.
Rano, gdy większość ludzi jeszcze spała poszedłem z Panem do parku. Wszędzie ślady wczorajszego imprezowania, ale odniosłem wrażenie, że jest mniej bałaganu niż w poprzednich latach.
Nagle razem z Panem zauważyliśmy kota.
Siedział taki skulony i wystraszony. Od razu zrozumiałem, że ciężka nocka za nim. Na szyi miał taki wisiorek, Pan powiedział, że tam na pewno jest zapisane gdzie ten kotek mieszka. Chciałem go pocieszyć i się zbliżyłem, ale on wtedy zaczął robić łapami takie młynki i prychał na mnie. Nie uraziło mnie to, wiedziałem, że nadal się bał. Usiadłem więc spokojnie, a Pan próbował podejść do niego sam, rzucił mu moje psie przysmaki, ale kot się nie skusił. Z jednej strony chciał naszej pomocy, ale jednocześnie nas odpychał.
Pan nie dał rady wziąć go na ręce, by sprawdzić gdzie on mieszka. Na pewno gdzieś w okolicy i na pewno całą noc siedział w parku, dobrze że jest ciepło. Wieczorem już go nigdzie nie wyczułem, może właściciel go odnalazł, albo na tyle kot się uspokoił, że sam poszedł do domu? Albo też dał się komuś złapać i ten ktoś go odprowadził do domu? Tak myślę.
Ale jednocześnie myślę ile psów i kotów dziś szukało swojego domu. Nasze parkowe króliki, to chyba nie wiedziały gdzie uciekać (większość petard w naszej okolicy odpalono przecież w parku).

A jakby tak było, że ja w noworoczny poranek szczekam non stop przez dwie godziny? Powiedzmy od 6 do 8 (rano)? To by się działo..

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...