2.02.2012

Schwarzi Labbi wędruje(5)

A tutaj całkiem inny dzień, za to okolica ta sama, tyle, że dzień słoneczny i po zamieci zostało wspomnienie.
Nasza górska wioska, najwyższy budynek to stacja wyciągu.

W tym dniu Pan wcześniej wyszedł i poszedł szlakiem wyznaczonym dla posiadaczy rakiet śnieżnych. Ja z Panią poszedłem znanym już szlakiem w taki sposób, że mieliśmy się spotkać po drodze.
Jak widać pogoda była idealna, a wszystko wokół wyglądało jak obrazki z pocztówek.
To ślady rakiet śnieżnych, jak widać Pan sam tamtędy szedł, czasem na tzw orient, bo nie było widać znaków.
Ja z Panią szedłem sobie spokojnie gdy na horyzoncie (dość daleko) pojawiła się jakaś postać.
Stanąłem zaciekawiony i czekałem na rozwój wydarzeń, czyli aż ten ktoś pojawi się bliżej. Pani jednak mnie trochę podpuściła: Enzo, nie jest to czasem twój Pan.. ?
No tak! Przecież to mogła być prawda! Od razu poczułem nowy przypływ energii. Znacznie przyspieszyłem, a tu tyle zakrętów przed nami, w dodatku Pani szła zdecydowanie za wolno!
Sylwetka się przybliżyła i postanowilem pobiec skrótem;-)

Oj nie było to wcale takie łatwe jak w pierwszej chwili myślałem. Zakopałem się prawie cały w śniegu, potem musiałem wykonać milion kangurzych skoków, ale się udało i dobiegłem w całkiem dobrym tempie do Pana.
Od razu niestety uraziłem się tymi rakietami, bo nie widziałem ich w tym sniegu, na szczęście było to małe draśnięcie w fafle. Parę kropli krwi w śnieg i tyle. Za pół godziny już nie pamiętałem o tym zdarzeniu.
Fascynowało mnie to, że Pan w tych rakietach tak może chodzić w miejscach gdzie jest całkiem spora warstwa śniegu. I nie zapadał się. Ja jak szedłem jego śladem to też się (aż tak) nie zapadałem.
Potem wróciłem z Panią do domu, im bliżej byliśmy tym bardziej czułem, że chętnie bym podrzemał. Położyłem się na chwilę przed kominkiem. I cóż, z tej chwili zrobił się konkretny czas, po prostu zasnąłem w parę sekund i ponoć spałem mocno, a i pochrapywałem donośnie. Podświadomie przyjąłem do wiadomości, że i Pan wrócił. Potem nawet zmieniałem miejsce snu, ale nie za często, bo po tym spacerze, to jakoś wyjątkowo odczuwałem istnienie różnych mięśni w miejscach w których bym się tego wcale nie spodziewał;-)

Schwarzi Labbi w śnieżnej zamieci (4)

Oj w tym dniu to śniegiem tak sypało, że czasem jak się odwracałem do tyłu, to własnego ogona nie widziałem;-). Tyle, że mi się taka zamieć podobała, bardzo chętnie wybiegłem na spacer.
Śnieg jest taki zabawny, niby jak na plaży ale sto razy lepiej. Łapy się zapadają, ale poduszki są miło schłodzone, jak pragnienie znienacka dopadnie można zanurzyć sznupę w śniegu. Bieganie wymaga pewnego wysiłku i zaangażowania, przytrafiają się wieczorne zakwasy, ale cóż z tego skoro daje to tyle radości i szczęścia.

Nie wszystko było zasypane, po drodze znajdowałem różne gałęzie. Ta tutaj wydawała mi się odpowiednia na kijek. Chciałbym mieć też takie kijki do chodzenia. Skoro i Pan i Pani z takimi spacerowali, to ja nie chciałem być gorszy.
Co jakiś czas pojawiały się tablice informacyjnie o regionie, niektóry zasypane, ale część dało się obejrzeć. Na tej przedstawiono ślady zwierząt jakie zostawiają np. na śniegu. W tym dniu żadnych nie widziałem. Może dlatego, że byłem pierwszym który na ścieżce postawił łapę?
Tak, tak, przed nami nikt tego dnia tym szlakiem nie szedł, a zwierzęta pewnie wolały jakieś inne ścieżki;-). Szlak jednak był dostępny tylko dlatego, że ratrak tamtędy rano przejechał.
Całą drogę starałem się iść pierwszy, hmm w zasadzie nie musiałem się starać, samo to jakoś tak wychodziło, że byłem najszybszy. Czasem czekałem aż reszta do mnie dobije, a czasem kursowałem pomiędzy Panem a Panią.
Oto i Pani człapie w czapie:-). Samo jakoś mi się zrymowało. To chyba z powodu tej suczki, która w moim paru pozostawia aktualnie swoje zapachy..

Jak sobie te zdjęcia oglądam, to żal mi że u nas nie ma takiej pogody. Co z tego, że jest mróz i to taki porządny? Bez śniegu nie ma prawdziwej zimy, właśnie lecące z nieba płatki kojarzą mi się zimowo, a mróz to niezbędny dodatek, aby śnieg nie topił się od razu.
Kijki, coś mi się kojarzy, że parę sekund później już z jednym w pysku biegałem jak szalony:-))

30.01.2012

Schwarzi Labbi....(3)

Replika też miała swoją wycieczkę. Ponieważ ja wolę dzika naturę wysłałem replikę do miasta.
Zjechalismy kolejką na dół i ja z Panem poszedłem na spacer górską drogą, a Pani z repliką pojechała autobusem do miasta. Autobus jechał tylko do Goppenstein, tam trzeba było się przesiąść do pociągu. Kierowca autobusu miał takie swojsko brzmiące nazwisko (odpowiednia tabliczka informacyjna wisiała w widocznym miejscu) i faktycznie - był Polakiem. Od trzech lat mieszka w Szwajcarii, a wcześniej ponad 20 lat mieszkał w Kolonii;-).
Pociąg był prawie pusty, na tym odcinku po prostu nie ma tłoku. Na monitorze było widać jakie będą kolejne stacje.
Widok z okna pociągu, cóż dość przemysłowy.
Parę zdjęć z samego Brig, więcej o mieście pisałem w ub roku tutaj:
http://enzowy.blogspot.com/2011/03/jeszcze-szwajcarsko.html
Replika przy zamku:
A tu zgrabnie umiejscowiła się na bramie:
Ja w tym czasie wędrowałem interesującą ścieżką, o czym oddzielnie napiszę.
Na razie poranek w Lauchernalp:
Codziennie budziłem się wcześnie i cierpliwie czekałem, aż się rozjaśni na tyl by można już iść na spacer. I to nie dlatego, że siku mi się tak chciało, o nie..Cieszyło mnie to, że mogę wskoczyć w świeży śnieg, brykać jak szczeniak, biegać ile sił w łapach, a nawet szczeknąć ile pary w płucach. Czasem z Panem szedłem do sklepiku i na zewnątrz czekałem, aż Pan kupi pieczywo czy mleko. Lauchernalp to tzw. ski resort. Domki wakacyjne, małe hotele, szkółka narciarska i oczywiście wyciagi narciarskie. Ale jest i wypożyczalnia sprzętu, i sklep sportowy, sklep spożywczy, bankomat. Wcale nie było potrzeby zjeżdzać na dół, do Wiler.
O, to już jakieś zdjęcie gdy myślę o porządnej drzemce. Po spacerach zasypiałem w minutę, i nic nie bylo w stanie mnie obudzić, no może burczenie w brzuchu;-), bo apetyt miałem ogromny!

Schwarzi Labbi und die Alpen(2)

W końcu pierwszy dłuższy spacer po okolicy. Interesujące uczucie gdy łapy się zapadają w śnieg.
Jestem w swoim żywiole, biegam, znaczę teren, wskakuję w śnieg, wygłupiam się, nie dziwne, że jestem brany za młodzieniaszka. Choć jak o tym pomyśleć, to przecież jestem młodzieniaszkiem!!
No może troszkę szalonym. Czasami;-).
Dużo mi nie było trzeba, psie adhd pojawiało się często.
W ruchu:


Wypatrzyłem psa! Nawiązaliśmy kontakt głosowy. Chcial się zapoznać, ja też. On jednak był na lince przy domku z flagą, a ja dość wysoko i w dodatku nie pozwolono mi zbiec w dół. Ponoć po drodze były dachy domków, no być może.. Tak przysypane śniegiem wszystko wokół było, że trudno mi było ocenić gdzie jest jakaś ścieżka.
Większość dnia niebo było zasnute chmurami, słońce dość nieśmiało próbowało się przebić, dopiero popołudniem szczyty wyszły z chmur a niebo zrobiło się błękitne.
Jak słońce zmienia wszystko:
Widok z okna:

Schwarzi Labbi und die Alpen (1)

Przebywałem jakiś czas w górach, na świeżym powietrzu. Miałem możliwość przypomnieć sobie o tym, że prawdziwa zima, to przede wszystkim śnieg, dużo śniegu. Jeszcze nigdy aż tyle śniegu w swoim życiu nie widziałem - to było po prostu cudowne!
To urocza górska wioska w której mieszkałem. Wpierw trzeba dotrzeć do doliny Loetschental w Wallis.
http://www.loetschental.ch/de/meta/home
Jechałem jak zawsze samochodem, ale w pewnym momencie podróży auto znalazło się na platformie kolejowej. Już kiedyś tak podróżowałem, ale bylem wtedy dość młody i już mi się to przytarło;-)
Obserwowałem więc z zainteresowaniem co to się dzieje, tyle, że jak wjechaliśmy w tunel to po prostu zapadły egipskie ciemności i pozostało mi oddać się drzemce.
Po jakimś czasie znów jechaliśmy normalnie po drogach, tyle że bardzo powoli. Zakręty, dość wąsko, na poboczu gigantyczne zaspy śnieżne.
Dojechaliśmy do miejscowości Wiler, tam auto zostało na parkingu, Tam też nastapił mój pierwszy kontakt z śniegiem, zapadałem się w nim po pachy, bardzo mnie to nakręciło. Trochę czasu spędziliśmy na parkingu, bo Pan wpierw musiał odsnieżyć kawałek by dało się zaparkować. Można powiedzieć, że był to taki samoobsługowy parking, na szczęście łopatę można było sobie pożyczyć.
http://www.loetschental.ch/de/bergbahnen/aktuell
Z parkingu prosto do kolejki - olbrzymi wagonik, ponoć i setka ludzi się w nim mieści.
Rok temu jeździłem podobnymi, ale przyznaję - ten środek lokomocji traktuję z pewnym dystansem. Owszem, wchodzę bezproblemowo, siedzę spokojnie, ale czuję się zadowolony gdy już mogę wysiąść;-)
Pan poszedł po klucz do naszego mieszkania, ja rozglądam się z niedowierzaniem - wszędzie jest tak biało! Miejsce od razu mi się spodobało: spokój, wiekszość ludzi się do mnie uśmiecha.. Właśnie! jeden pan pędził na takim śnieżnym skuterze, jak mnie zauważył to się zatrzymał. I od razu zaczął prawić mi komplementy, to ja zrobiłem zadowoloną minę i wprawiłem swoją kitę w ruch, to ten pan zeskoczył ze skutera i do mnie podszedł. Zrobiliśmy tzw misia, czyli przednie łapy oparłem mu na klacie, a on mnie przygarnął. Jak dowiedział się, że nazywam się Enzo, to zaczął mówić po włosku. Krótkie to było spotkanie, ale takie miłe..
I oto domek w którym zamieszkamy, na parterze. Teoretycznie mamy taras, ale jest on tak zasypany, że można go sobie tylko wyobrazić, śniegu jest do wysokości okien. Przy drzwiach wejściowych do domu wisi podajnik z workami na psie kupy, wspominam o tym, bo to oznacza jedno: tutaj pies jest mile widziany.
Dzień był emocjonujący, turystyczne legowisko już czekało w kąciku aż się na nim zwinę..

9.01.2012

niedzielne atrakcje

Mógł być las, a był spacer po mieście. I nawet nie byłem bardzo rozczarowany. Szedłem z Panem spokojnymi ulicami i w niektórych miejscacach było po prostu pusto.
Tu Europaviertel, czyli jeszcze plac budowy, choć już zrobiono sporo. W tle jeden z najbrzydszych budynków w mieście, siedziba Deutsche Bahn. Może nowe budynki go jakoś zgrabnie przysłonia i nie będzie się tak rzucał w oczy, a może kiedyś go po prostu odświeżą. Choć na tym zdjęciu nie wygląda tak źle.
Szeroki chodnik, to będzie naprawdę reprezentacyjna ulica, juz to czuć! Na razie mało kto sie tu kręci, dlatego sobie swobodnie biegałem.
Potem już niestety smycz, doszliśmy z Panem w okolice Messeturm, tam szybko odbilismy w spokojne uliczki Westendu. I poszlismy prosto w stronę Palmengarten.
Tak sobie człapałem przy Panu, aż nagle zauważyłem, że obok jedzie Pani na rowerze!
Okazało się, że spacer będzie miał przystanek.
Była to taka mała Trinkhalla niedaleko Palmengarten. Ja siedziałem o suchym pysku i obserwowałem otoczenie.
Innym chyba zaschło w gardle, bo popijali lokalne napoje.
Nawet mi sie tam podobało, miałem wszystko na widoku. Potem dwa małe buldożki rozproszyły moją uwagę i już chciałem iść dalej.
Tak też się stało, poszedłem z Panem na przystanek tramwajowy, a Pani pomknęła do domu na rowerze.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...