Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schweiz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Schweiz. Pokaż wszystkie posty

11.09.2012

wiejskie klimaty

W niedzielę pojechałem zobaczyć miejsce w którym będę mieszkał. Ponoć już niedługo, cieszę się z tego, bo tutaj gdzie teraz pomieszkuję, to nie potrafię sobie znaleźć jakiegoś przytulnego kąta. Moja przyszłe miasto jest w zasadzie miasteczkiem, znajduje się bardzo blisko Zurychu, ale już okolica jest wiejsko-sielska. No przynajmniej w moim odczuciu, bo nie wiem co na ten temat myślą mieszkańcy Regensdorfu;-).
Spacer nie zahaczał o moje przyszłe domostwo, Pan i Pani chcieli mi pokazać okolicę, abym miał pewność, że są lasy, łaki, pola. Zaakceptowałem okolicę, bo wygląda obiecująco, a poza tym chyba już nie miałem wyjścia?:-)
W lesie bardzo dużo ścieżek, spokojnie, same nowe zapachy. Miałem co robić i zaangażowałem się w rozpoznawanie terenu. Tu na przykład ogromne pajęczyny widoczne dzięki temu, że akurat świeciło słońce.
Czasem ścieżka biegła przez pola obrośnięte najczęściej kukurydzą, rozglądałem się wtedy wypatrując krów i one jak na zawołanie się pojawiły. Pasą się na tej łączce pod lasem. Na pewno jeszcze nie raz nie dwa spotkam się z nimi bliżej. Trochę obaw mam, to fakt.. z daleka wydają mi się takie przyjazne, ale z bliska to już ich postura mnie nieco przytłacza. Ale chciałbym kiedyś z nimi zagadać na temat jakości trawy, ten temat mnie bardzo interesuje.
Tu z kolei inny obiecujący widok: winnice! Ha, no po prostu wszystko co labradory lubią w zasięgu łap!!
Zadowolony pies:
Musiałem się z bliska przyjrzeć kukurydzy, jest gigantyczna, nawet sobie wyobrażałem jak pośród tych badyli się biega, ale zaraz mi się przypomniały różne amerykańskie filmy. Tam zawsze na polach kukurydzy dzieją się straszne rzeczy, wolałem więc pozostać na polnej drodze;-)
Znalazła się też ławka dla zdyszanego wędrowca:
W niektórych miejscach nie wolno przekraczać pewnych oznaczeń, trzeba iść tylko wyznaczoną ścieżką, z powodu zwierząt mieszkających w leśnej gęstwinie. Oczywiście, że jestem ciekaw co to za zwierzęta, pewnie sarny, jelenie, lisy..może i dzik?
Wróciłem do tymczasowego domu zadowolony ze spaceru, jestem pewien, że w nowym miejscu będzie mi się dobrze mieszkało i teraz też sobie odhaczam dni do przenosin:-)

21.06.2012

szwajcarski weekend

W miniony weekend mój Pan brał udział w w wyścigu kolarskim Saentis-Classic. Wyścig odbywał się w Szwajcarii, start w małej miejscowści Weinfelden. Jak tylko się dowiedziałem o wyścigu, to od razu zgłosiłem że też chętnie bym się wybrał w okolice jeziora Bodeńskiego. Ha, tyle że ostatecznie wspomniane jezioro to widziałem zza samochodowej szyby gdy wracaliśmy już do domu;-)))
Za to pooglądałem sobie inne miejsca.
Wpierw Zurych, hmmm.. w zasadzie obrzeża tego miasta. To było moje wielkie rozczarowanie!
Tyle replika się zachwycała tym miastem, że bardzo byłem ciekaw jak tam jest, a tu zdziwienie. Zamiast zwiedzać Altstadt, to siedzę z Panią na jakimś skwerku, a wokół normalne, nowoczesne domy. Skwer nie był zły: mnóstwo drzewek, ławki, oraz coś jakby fontanna - a może raczej nowoczesny zbiornik z wodą. Była to długa, dość szeroka metalowa rynna, po bokach były cieńkie wodne wytryski, ich strumień kierował się do owej rynny. Próbowałem łapać wodę sznupą, ale mnie to łaskotało, więc wlazłem cały w rynnę:-)
Ochlapałem się, a potem leżałem pod stolikiem, tylko tam było trochę cienia. Upał był zaskakujący. W końcu Pan otrzymał co trzeba do wyścigu i ... wyjechaliśmy z Zurychu! No to mnie zaskoczyło, bo co z zwiedzaniem?
Pani mi zaraz przypomniała, że przecież wolę tereny wiejskie a nie miejskie. No tak, to przecież prawda;-)
Dojechaliśmy do miejscowości Regensdorf. Tam czekał na nas nocleg. Przyznam, że nawet mi bardzo się hotelowy pokój podobał. Odpowiednio duży, miałem dużo możliwości do przemieszczania się. Legowisko miałem w przytulnym miejscu i spało mi się doskonale. Personel hotelowy przyjął mnie z uśmiechem, a inni mieszkańcy hotelu mnie misiowali, co było bardzo miłe. Odpoczynek na hotelowej wykładzinie:Polski akcent w miejscowej restauracji połączonej z pubem:
Dzień przed wyścigiem Pan odebrał jeszcze paczkę, każdy ze startujących dostał taki oto zestaw:
Ja oczywiście asystowałem przy otwieraniu tej paczki, wiadomo, ciekawska natura. Nawet moja łapa sie na to zdjęcie załapała;-). W paczce były rzeczy od sponsorów, wszystko przydatne: a to krem przeciw nadmiernej opaleniznie, woda, butelka na wodę, muesli, batoniki dodające energii, płyn do kąpieli, koszulka, mapa itd itd.
Nadszedł dzień wyścigu, trzeba było pojechac do Weinfelden.
W końcu jesteśmy na parkingu obok miejsca startu. Wokół sami kolarze i ich rowery. Pan odjeżdża, a ja nie wiem czy warto zwinąć się w kłębek czy już być psem oczekującym?
Okazuje się, że moge drzemać ile chce. Trasa to 130 km, więc muszę wykazać się cierpliwością..
http://www.saentis-classic.ch/weinfelden/classictour.htm

Po drzemce Pani zabrała mnie do centrum Weinfelden. Małe miasteczko, przyjemne dla oka. Tyle, że upał nie pozwalał mi się cieszyć z tego spaceru.
W drodze powrotnej na parking odkrywam wspaniały pas zieleni, trawa smakuje tam jak wyśmienicie. Nie potrafię się od niej oderwać i nawet muszę sam to przed sobą przyznać: obżerałem się jak prosiak.
Zero kultury, łapczywie rwałem trawę, pomlaskiwałem, nic wokół nie istniało. W końcu szwajcarskie krowy nie mogą się mylić, prawda?
Przy tej łaczce była mała, górska rzeka. Tam schłodziłem łapy i brzuch i mogliśmy wracać na parking. Po drodze jeszcze zauważyłem ładny samochód. Stary, ale wyglądał elegancko:
A niedaleko stał inny, którego właściciel NA PEWNO był przekonany, że to właśnie on ma eleganckie auto(po kliknięciu na zdjęcie napis będzie doskonale widoczny):
Trochę potem leżę na trawie, ale jakieś wściekłe mrówki atakują. Nie da się wytrzymać.
Idziemy na metę, pierwsi kolarze zaczynają się pojawiać. Staram się rozpoznać po zapachu czy Pan się nie zbliża. Cóż, wszyscy pachna podobnie;-), w dużym uproszczeniu rzecz jasna - dominująca nuta, to zapach zmęczenia i wysiłku.
Pani znajduje doskonałe miejsce do obserwacji, jest w cieniu. Nawet jestem zadowolony, dopóki nie rozpoczynają się oklaski, komentarze przez mikrofon, czyli mówiąc wprost, coś mi za głośno się zrobiło. Albo i ja jestem zmęczony??
Zmęczenie (na chwilę) mija gdy pojawia się Pan!! Wszystko dobrze poszło i nawet jest Pan szybciej niż mówił, że będzie! Z radości wylizuję z soli kolana jakiegoś przypadkowego kolarza.. noo co teraz.. otóż nic - kolarz się cieszy i żartuje.
Teraz tylko rower spakować i można wracać do domu. I ta część wycieczki była dla mnie najnudniejsza. Szkoda, że nie mogłem się teleportować od razu na moje legowisko;-)

30.04.2012

zurychskie klimaty, Replika relacjonuje


Replika w tym miesiącu uczestniczyła też w krótkiej wycieczce do Zurichu, tylko to już raczej podchodziło pod tzw. delegację, a nie wyjazd turystyczny. Jednak Pan postanowił przyjrzeć się w wolnej chwili miastu, stąd Replika miała szansę zapozować w atrakcyjnych miejscach. Zaczęło się podobnie jak w przypadku Lizbony: od samolotu. Tyle że tym razem lot trwał krótko, a nawet powiedziałbym, że bardzo krotko.
Oto i murek. Trochę stresu, bo może nagle zacznie duć jakieś wietrzysko, ale nie, bylo spokojnie. Nawet odczułem coś na kształt relaksu i dlatego dałem się posadzić na tym murku jeszcze i w innych miejscach.

Coś czuję, że psy są tutaj mile widziane, bo cóż innego może oznaczać tak symbol? Bardzo mi się to spodobało i następnym razem muszę Pana namówić na wizytę w środku tego domu.
Tu też jakies miejsce dla psów, tak przynajmniej ja sobie to tłumaczę. Butik z modnymi ubiorami, no sam jednak nie wiem czy oprócz obroży potrzebuję jakąś odzież? Chyba nie, ale jakaś nowa obroża by mnie ucieszyła;-)
Niekoniecznie od Dolce&Gabbana, może być nawet nołnejm, byle była czerwona.
I jeszcze tzw. widoczki, tu w tle Alpy, zaraz to wywołalo we mnie pewną tęsknote. Za czym? Za śniegiem! Tak, tak, upał się zrobił u nas ostatnio i samo spojrzenie na ośnieżone góry napawa mnie radością.
Tramwajem tym razem nie jechałem, ale obserwowałem te jeżdzące po Zurichu.
Nad rzeką Limmat, mozna tak sobie stac i stać. Strumień myśli płynie sobie sam.. ale szwajcarski zegarek odmierza czas i przypomina, że pora udać się w inne miejsca.

2.02.2012

Schwarzi Labbi wędruje(5)

A tutaj całkiem inny dzień, za to okolica ta sama, tyle, że dzień słoneczny i po zamieci zostało wspomnienie.
Nasza górska wioska, najwyższy budynek to stacja wyciągu.

W tym dniu Pan wcześniej wyszedł i poszedł szlakiem wyznaczonym dla posiadaczy rakiet śnieżnych. Ja z Panią poszedłem znanym już szlakiem w taki sposób, że mieliśmy się spotkać po drodze.
Jak widać pogoda była idealna, a wszystko wokół wyglądało jak obrazki z pocztówek.
To ślady rakiet śnieżnych, jak widać Pan sam tamtędy szedł, czasem na tzw orient, bo nie było widać znaków.
Ja z Panią szedłem sobie spokojnie gdy na horyzoncie (dość daleko) pojawiła się jakaś postać.
Stanąłem zaciekawiony i czekałem na rozwój wydarzeń, czyli aż ten ktoś pojawi się bliżej. Pani jednak mnie trochę podpuściła: Enzo, nie jest to czasem twój Pan.. ?
No tak! Przecież to mogła być prawda! Od razu poczułem nowy przypływ energii. Znacznie przyspieszyłem, a tu tyle zakrętów przed nami, w dodatku Pani szła zdecydowanie za wolno!
Sylwetka się przybliżyła i postanowilem pobiec skrótem;-)

Oj nie było to wcale takie łatwe jak w pierwszej chwili myślałem. Zakopałem się prawie cały w śniegu, potem musiałem wykonać milion kangurzych skoków, ale się udało i dobiegłem w całkiem dobrym tempie do Pana.
Od razu niestety uraziłem się tymi rakietami, bo nie widziałem ich w tym sniegu, na szczęście było to małe draśnięcie w fafle. Parę kropli krwi w śnieg i tyle. Za pół godziny już nie pamiętałem o tym zdarzeniu.
Fascynowało mnie to, że Pan w tych rakietach tak może chodzić w miejscach gdzie jest całkiem spora warstwa śniegu. I nie zapadał się. Ja jak szedłem jego śladem to też się (aż tak) nie zapadałem.
Potem wróciłem z Panią do domu, im bliżej byliśmy tym bardziej czułem, że chętnie bym podrzemał. Położyłem się na chwilę przed kominkiem. I cóż, z tej chwili zrobił się konkretny czas, po prostu zasnąłem w parę sekund i ponoć spałem mocno, a i pochrapywałem donośnie. Podświadomie przyjąłem do wiadomości, że i Pan wrócił. Potem nawet zmieniałem miejsce snu, ale nie za często, bo po tym spacerze, to jakoś wyjątkowo odczuwałem istnienie różnych mięśni w miejscach w których bym się tego wcale nie spodziewał;-)

Schwarzi Labbi w śnieżnej zamieci (4)

Oj w tym dniu to śniegiem tak sypało, że czasem jak się odwracałem do tyłu, to własnego ogona nie widziałem;-). Tyle, że mi się taka zamieć podobała, bardzo chętnie wybiegłem na spacer.
Śnieg jest taki zabawny, niby jak na plaży ale sto razy lepiej. Łapy się zapadają, ale poduszki są miło schłodzone, jak pragnienie znienacka dopadnie można zanurzyć sznupę w śniegu. Bieganie wymaga pewnego wysiłku i zaangażowania, przytrafiają się wieczorne zakwasy, ale cóż z tego skoro daje to tyle radości i szczęścia.

Nie wszystko było zasypane, po drodze znajdowałem różne gałęzie. Ta tutaj wydawała mi się odpowiednia na kijek. Chciałbym mieć też takie kijki do chodzenia. Skoro i Pan i Pani z takimi spacerowali, to ja nie chciałem być gorszy.
Co jakiś czas pojawiały się tablice informacyjnie o regionie, niektóry zasypane, ale część dało się obejrzeć. Na tej przedstawiono ślady zwierząt jakie zostawiają np. na śniegu. W tym dniu żadnych nie widziałem. Może dlatego, że byłem pierwszym który na ścieżce postawił łapę?
Tak, tak, przed nami nikt tego dnia tym szlakiem nie szedł, a zwierzęta pewnie wolały jakieś inne ścieżki;-). Szlak jednak był dostępny tylko dlatego, że ratrak tamtędy rano przejechał.
Całą drogę starałem się iść pierwszy, hmm w zasadzie nie musiałem się starać, samo to jakoś tak wychodziło, że byłem najszybszy. Czasem czekałem aż reszta do mnie dobije, a czasem kursowałem pomiędzy Panem a Panią.
Oto i Pani człapie w czapie:-). Samo jakoś mi się zrymowało. To chyba z powodu tej suczki, która w moim paru pozostawia aktualnie swoje zapachy..

Jak sobie te zdjęcia oglądam, to żal mi że u nas nie ma takiej pogody. Co z tego, że jest mróz i to taki porządny? Bez śniegu nie ma prawdziwej zimy, właśnie lecące z nieba płatki kojarzą mi się zimowo, a mróz to niezbędny dodatek, aby śnieg nie topił się od razu.
Kijki, coś mi się kojarzy, że parę sekund później już z jednym w pysku biegałem jak szalony:-))

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...