Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Regensdorf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Regensdorf. Pokaż wszystkie posty

3.08.2013

święto

1.08 to narodowe święto Szwajcarów. Już ze dwa dni wcześniej wiedziałem, że coś się będzie działo - co jakiś czas strzelały petardy. To zawsze jest oznaka jakiejś większej imprezy.
Nie będę snuł tu rozważań co myślę o petardach, to już poruszałem wcześniej (w okolicach każdego Sylwestra).
Nasza lokalna impreza odbywała się na łące obok tego małego domku, który widać na zdjęciu powyżej.
Jest to Rebhaus i każdy może go wynająć i zorganizować sobie tam jakąś imprezę.
Widok z Rebhausu na okolicę
1 sierpnia, czyli Święto Narodowe Konfederacji Szwajcarskiej jest obchodzone bardzo uroczyście.
 Ustanowione zostało w roku 1891 w 600. rocznicę założenia Konfederacji Szwajcarskiej. Od tej pory 1 sierpnia jest najważniejszym świętem państwowym, aczkolwiek jeszcze nie dawno obchodzone ono było nie we wszystkich kantonach jako dzień ustawowo wolny od pracy. 1 sierpnia stał się dniem wolnym od pracy dla wszystkich Szwajcarów dopiero w 1994 r.
Każdego roku 1 sierpnia Prezydent Konfederacji lub członek Rady Federalnej, wygłasza przemowę z miejscowości, gdzie wszystko się zaczęło, czyli z łąki Rütli (Rütliwiese), nad Jeziorem Czterech Kantonów, poniżej Seelisberg, gdzie w 1291 r. spotkali się przedstawiciele 3 kantonów: Uri, Schwyz i Unterwalden, by uzgodnić wspólne działania zjednoczonymi siłami w obronie swoich kantonów przed wszelkimi najeźdźcami. To tu zapisano słowa: "Chcemy być jednym narodem braci, którzy się nie rozdzielą w potrzebie i zagrożeniu".
Rütliwiese to świętość narodowa. Dlatego nie zezwala się na zabudowę tego terenu. Już w roku 1859 dzięki zbiórce dzieci szkolnych wykupiono ten teren i podarowano Konfederacji z żądaniem, by nigdy nie zabudowano tego terenu, by pozostał taki jak przed wiekami.

Dziś jest to ciche miejsce nad jeziorem, dostępne za pomocą statków (mała przystań), z małym muzeum historii Szwajcarii, jednym lokalem gastronomicznym, trzema źródłami i dużym polem piknikowym. Oczywiście nie ma możliwości dojazdu samochodem do łąki. Tylko statkiem i pieszo z Seelisberg albo z Trub - około godziny spaceru.
Przemówienie i muzycy z alphornami
Tego dnia politycy wszelkiego szczebla wygłasza przemówienia na wiecach w różnych miejscach Szwajcarii. Oczywiście nie można sobie wyobrazić święta narodowego bez fajerwerków, lampionów i świateł w górach. To zawsze największa atrakcja dla dzieci. W niektórych latach z uwagi na panującą suszę wprowadzało się z tego powodu zakaz używania ogni sztucznych, dlatego w niektórych miejscowościach użycie fajerwerków bywało niemożliwe. Naturalnie największe pokazy ogni sztucznych są urządzane niezależnie od pogody w Zurychu, czy Genewie, albowiem urządzane są nad jeziorami i chronione przez zastępy strażackie. W tym roku w 10 kantonach był wprowadzony zakaz używania sztucznych ogni m.in. w kantonach: Zurych, St. Gallen, Genewa, Gryzonia (choć kilka gmin wydało zgodę na fajerwerki), Valais, Ticino. Dlatego tak duża ilość osób wzięła udział w obchodach w Bazylei (120.000 osób), gdzie 25 minutowy seans fajerwerków wystrzeliwanych ze statków zacumowanych na Renie między głównymi mostami miasta obejrzały dziesiątki tysięcy ludzi.
Coraz bardziej popularny jest tzw. brunch świąteczny, czyli poczęstunek podawany przez rolników specjalnie na tę okazję przygotowany dla osób, które wcześniej się zaanonsują w wybranych 400 gospodarstwach rolnych. Tego dnia większość Szwajcarów odwiedza swoje ulubione miejsca związane z historią kraju, gdzie organizowane są przeróżne imprezy kulturalno-rozrywkowe. Na śniadanie nie powinno zabraknąć małych bułeczek pieczonych specjalnie na tę okazję z motywami szwajcarskimi i oczywiście z wetkniętą miniaturową flagą Szwajcarii. Wieczorem ważniejsze obiekty w kraju oświetlano specjalną iluminacją, w której najważniejszym elementem był oczywiście biały krzyż na czerwonym tle. 

U nas wieczorna część uroczystości zaczęła się po 18-tej. Ponieważ Rebhaus leży na uboczu i górce z różnych miejsc Regensdorfu i okolic jeździł specjalny busik, który dowoził chętnych bezpośrednio na miejsce. Na łące stał ogromny namiot, w środku lady z smakołykami, na zewnątrz grill. Dużo stołów i mała scena. Na scenie prezentował różne hity jakiś lokalny zespół, a ludzie jedli, pili i starali się gawędzić. Stoły były też ustawione na zewnątrz, co przy takiej pogodzie było bardzo dobrym pomysłem. Na zewnątrz była też estrada na której lokalne władze przemawiały plus muzycy dęli w alphorny(rogi alpejskie ).
Na drodze poniżej łąki cały czas odpalano sztuczne ognie i petardy.
Jak widać nawet toi-toi został odpowiednio dobrany:-)

Około 21.30 podpalono ognisko. Stos był naprawdę gigantyczny i dodatkowo wokół niego rosło pełno krzaków i stało wielkie drzewo.
Gałęzie tego drzewa prawie ciągle były w zasięgu płomieni. Ale nic z tego złego nie wynikło. Trudno zrozumieć jakim cudem:-).
Ognisko ponoć było pod kontrolą, choć naprawdę można było mieć wrażenie, ze za chwilę okolica pójdzie z dymem.
Im ciemniej się robiło, tym więcej pojawiało się ogni sztucznych. I widać było, że podobnie w całej okolicy: tu i ówdzie paliły się ogniska, a na niebie błyskały kolorowe ognie.
Z daleka wyglądało to groźnie, ale tutejsza straż pożarna nie musiała interweniować.
Ja ucieszyłem się, że Pani i Pan wrócili do domu zanim przyszła największa fala strzelania petardami.
Ponoć w przyszłości strzelanie ma być mocno ograniczone i ja bardzo bym się z tego cieszył.
Jeszcze jakieś zorganizowane pokazy da się wytrzymać, ale gorzej jak potem przez kolejne godziny komuś się przypomni, że jeszcze ma w kieszeni jakieś petardy i sobie strzeli. Zawsze mnie to wytrąca z równowagi i spokoju.

24.11.2012

koty, co robić?

Hoi Chatze,
zapewne zauważyliście, że od jakiegoś czasu mamy nowego mieszkańca we wsi? Wielki, czarny labrador, mieszka niedaleko koni i koguta. Niestety nie ma jednego miejsca na spacer, wiec znienacka pojawia się w różnych częściach Adlikonu. Szczeka z obcym akcentem, więc na pewno wszyscy wiecie o którym psie piszę. Nazywa się Enzo, szczekliwy i wyrywny, chodzi taki dumny, panisko z miasta. Myślałem, że z czasem on zauważy, że należy nam się szacunek i to psy schodzą nam z drogi, a nie my psom. Że nam się nie pyskuje i nie sugeruje głośno przejścia w inne miejsce, nawet jeśli sobie siedzimy na środku chodnika;-). Pies Enzo nic nie rozumie, mam podejrzenie, że tam gdzie mieszkał wcześniej nie było tak silnej kociej społeczności. Pewnie jak już jakiegoś biednego kotka spotkał, to szczeknął raz i kot uciekał. Nie z nami te numery, o nie!! Mamy swoje przyzwyczajenia, ulubione miejsca do wylegiwania się na słońcu, stanowiska do polowań itd, 
żaden labrador nie będzie nam wchodził w paradę. Uważam, że powinien dostosować się do reguł, w końcu inne psy też nauczyliśmy kultury, poszanowania kociego spokoju i tego że wpierw kot, potem pies. Wybaczcie ten przydługi wstęp, już przechodzę do konkretów. Wprowadzić musimy plan Beta.
Zarządzam więc wzmożone działania w stosunku do psa Enzo: obserwowanie go, ale nie wchodzenie w dialog, tzw. ciche spojrzenia. Czajenie się w miejscach w których najczęściej bywa - niech wie, że jesteśmy wszędzie i nasze ulubione kąciki mogą być w każdym miejscu! Maksymalne drażnienie: wchodzenie w drogę, ale bez reakcji na jego poszczekiwania, nie uciekanie w krzaki na jego widok, przemykanie mu pod nosem, czajenie się w trawie - niech nas nie widzi, ale czuje że gdzieś tam jesteśmy. To wszystko ma okrężną nieco drogą uzmysłowić psu Enzo, że ma przestać zwracać nam uwagę, niech obszczekiwanie zostawi dla innych psów, krów, koni czy owiec. Ma nas mijać po cichu i bez straszenia. Tak jak inne psy hehehehe. Moja cierpliwość się skończyła w dniu gdy ten bezczelny pies wszedł na moją ścieżkę i nie miał wcale ochoty mnie przepuścić, w dodatku chamsko siknął na kamień na którym uwielbiałem drzemać. Po nowym roku zdecyduję co dalej. 
vill Schpass, Avari

Taką ulotkę(??) znalazłem  w pewnym miejscu. Nie była ona przeznaczona dla mnie, ale za to okazało się, że jestem jej hmm.. bohaterem. Negatywnym w dodatku. Szok, szok.
Za mną, w trawie poleguje przyczajony i dobrze ukryty kot. Na szczęście go nie wyczułem, bo pogoniłbym go miłą wiązanką psich dźwięków!!! Jak chcą wojny, to proszę bardzo, jestem gotów! Nie jestem żadnym tchórzem i nie będę chodził bokami udając, że nie widzę i nie czuję kotów. Tylko niech one walczą otwarcie, a nie jakieś takie podchody uprawiają, co to przedszkole? Już niejedno widziałem i słyszałem, wiem, że kot i pies mogą się przyjaźnić, kolegować czy choćby tolerować. Ja osobiście nic do kotów nie mam, wyczuwam ich wrogość do mnie, więc się bronię je oszczekując.
Poczułem się urażony tym jak tutejsze koty o mnie się wyraziły. Ciekaw jestem czy inne psy też były tak "witane", będę musiał zrobić chyba jakieś rozeznanie w tej sprawie. Nas, psów jest tutaj w Adlikonie naprawdę sporo, dlaczego miałoby być tak, że koty są ważniejsze i mamy koło nich przechodzić ze spuszczonym łbem i oczami wbitymi w chodnik? Do wiosny jakieś rozwiązanie muszę wymyślić, zimą pewnie koty w większości będą wygrzewać się na zapieckach, a nie biegać po polach. Czyli częste spotkania czekają nas od wiosny, jestem dumnym i sympatycznym labradorem i tak chcę być też przez innych postrzegany, przez koty również.



I jak traktować je poważnie i serdecznie gdy one wyczyniają takie oto rzeczy i zachowują się tak bardzo niegrzecznie?


23.11.2012

spotkane w okolicy

Czasem rano, w okolicy strumyka widuję czaplę siwą. To stara znajoma z Kolonii. Tam, na psiej łące było ich sporo i pamiętam doskonale jak na nie szczekałem i próbowałem gonić. Teraz już podchodzę spokojniej do czapli, kątem oka obserwuję i prawie zawsze jak pomyślę, że mógłbym podbiec, to ona sama się zrywa i przysiada gdzieś dalej, w bezpiecznej odległości. Sam nie wiem po co biec do ptaszyska? Chyba tak dla zasady, sprawdzić, postraszyć?:-).

Krowy już dawno w swoich oborach, już sezon zimowy dla nich się rozpoczął i nie spotykam już żadnej na pobliskich pastwiskach. Za to dla baranów i owiec jak widać jeszcze nie jest za zimno i pasą się wesoło potrząsając dzwonkami.
Tylko te małe są bez dzwonków i nie są ogolone. Reszta goła ale wesoła.




Pastwisko jak widać puste, szkoda, ale wiosną na pewno krowy znów się pojawią. 

Na razie jest jeszcze w miarę jesiennie, temperatura dochodzi w ciągu dnia nawet i do 10 stopni ciepła! Nie pada, za to mgliście jest prawie codziennie, niestety. Cichutko się przyznam, że czekam już na śnieg i porządną zimę. Kiedyś głośno wyraziłem swoje pragnienie to Pan mnie wyśmiał: ponoć zima pojawi się dopiero w styczniu! Zobaczymy.

Prawie codziennie widuję też taki samochód z interesującą reklamą. Oczywiście musiałem zaraz sprawdzić o co chodzi. Firma zajmuje się psami i kotami - spacery, mogą zawieźć do doktora, do fryzjera. Przyjść napełnić miskę, sprzątnąć kocią kuwetę. Ciekawe czy i misiowanie jest w ofercie?;-)



30.10.2012

zimowy spacer

Poranek w niedzielę był po prostu piękny, wszędzie biały puch, ta zimowa cisza i spokój. Napatrzeć się nie mogłem.
Mijały godziny, a nic się za oknem nie zmieniało, tyle, że latarnie pogasły, a płatki śniegu robiły się coraz większe.
Szybko poczułem, że muszę wyjść, nie że odczuwałem przymus fizjologiczny, nie. Po prostu to przestrzeń mnie wołała, moja natura wilka. Już czułem pęd powietrza w uszach, widziałem obłok mojego oddechu, a między poduszkami łap czułem skrzypiący śnieg. Co tu zrobić by już wyjść, choć pora dość wczesna jak na popołudniowy spacer.
Trzeba było wykorzystać wszystkie swoje możliwości, wszystkie chwyty dozwolone. Po szybkiej analizie postawiłem na tzw. psią biedność.
Ona ma różne formy, tym razem wyglądała tak:
 I nie minęło za dużo czasu, a już byłem w drodze do lasu:-)

W lesie prawdziwa zima. Byłem naprawdę szczęśliwy, że mogłem sobie poszaleć. Zimą jedynie mi świeżej trawy do poskubania brakuje, ale poza tym wszystko jest takie jak lubię.
Szedłem sobie ścieżką, a tu nagle pokazała się taka kulka:
Pan mi objaśnił, że to jest radar do kontroli lotów. Brzmi interesująco:-)
Pooglądałem więc sobie radar tyle  ile się dało, czyli niewiele. I zaraz pobiegłem dalej.
Zwierzyny żadnej nie spotkałem ani nawet nie wyczułem. Pewnie wszystkie sarny, jelenie i zające się dobrze ukryły, albo śnieg wyciszył ich kroki.

A może schowały się przede mną pod takimi choinkami? W  lesie jest wiele kryjówek, często przecież idzie się spokojnie drogą, nikogo w zasięgu wzroku nie widać, nozdrze nie sugeruje obecności kogokolwiek, a na karku się czuje czyjś wzrok.. Kto tego choć raz nie czuł?

 I jeszcze widok na pola, już puste, wszyscy zdążyli wyciąć kukurydzę przed pierwszym śniegiem.
Przebieram już z niecierpliwością łapami wyczekując prawdziwej zimy, bo dziś to już śladu nie ma po tym śniegu.

28.10.2012

jesienny, śnieżny dzień


Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że jesień będzie długo trwała. Pogoda była deszczowa, jest to o tyle dla mnie kłopotliwe, że po powrocie ze spaceru muszę być wycierany szmatka. Bardzo mnie to denerwuje i nie lubię tego.
Nagle jednak widok za oknem zaczął się zmieniać, zamiast deszczu wpierw padał deszcz ze śniegiem, a potem już sam śnieg! Taka niespodzianka. Całkiem miła dla mnie, bo bardzo lubię śnieg.
I rano jak się obudziłem i Pan odsłonił rolety, to zobaczyłem coś takiego:
Czyż nie wygląda to pięknie i jak z bajki? Od razu chciałem wybiec na zewnątrz i sprawdzić czy ten śnieg jest prawdziwy, czy nie mam jakichś omamów wzrokowych.
Co ciekawe ludzie jakoś z mniejszym zachwytem przyjęli tę zmianę pogody, ciekawe czemu?

Podszedłem z Panem w okolice sklepu Landi, tam już wszystko co jest potrzebne zimą:
łopaty, sole, żwirki itd. Pewnie od jutra będzie tu ruch jak w ulu;-)
A naprawdę to wg prognozy pogody na najbliższe dni śnieg niestety zniknie. Ponownie pojawi się ale nieco później.

Cieszę się więc z tego, że dziś i jutro jeszcze będzie zimowo i przebieram już z niecierpliwością łapami przed popołudniowym spacerem!!


19.10.2012

jesień w Adlikonie

 Na wsi też już bardzo jesiennie, w zasadzie powinienem napisać, że jeszcze , bo w górach zima się już pokazała. A góry aż tak daleko od nas nie są, przez ostatnie dni widzę je podczas spacerów idealnie! Jakby były za następnym pagórkiem..

Codziennie podczas spacerów spotykam różne zwierzęta. Jestem bardzo pozytywnie nastawiony, ale.. No właśnie, czasem zanim rozsądek doradzi mi zachowanie, ja już spontanicznie reaguję. Obszczekałem już konie, krowy, parę psów i setki kotów. Koty to po prostu całkiem oddzielna kategoria - tak mnie irytują swoją postawą, że zapominam co to opanowanie i godna labradorza postawa.
Tak, koty potrafią wytrącić mnie z równowagi. Idę, widzę, że jakiś się tam czai, udaję że nie dostrzegam, daję mu szansę na ukrycie się, zejście mi z drogi. Ale koty bezczelnie przechadzają się prawie mi pod pyskiem, spoglądają niby na mnie, ale ich wzrok przeze mnie jakby przechodził, po prostu jakby mnie nie było. Czasem niby się kryją przede mną  -  rozpłaszczy się taki na trawniku i myśli,  że jest niewidoczny.. no ciekawe kto na to się nabierze;-). Czasem udaje mi się też kocury zignorować, jestem wtedy z siebie niby dumny, ale wewnętrzny głos ciągle mi podpowiada: szczeknij, pochwal się swoim basikiem, niech im się te wąsy trzęsą ze strachu...
Taki czasem jestem.

W domu odkryłem za to gdzie wygodnie robi się orki i przyznam, że jest pole do popisu. Najwygodniej mi oczywiście śpi się na lejzidogu(czyli nowym legowisku), ale przecież muszę mieć parę innych przytulnych kątów. Jeden jest w sypialni pomiędzy ścianą a łóżkiem. Tam zawsze przychodzę w środku nocy pomlaskać przez sen. Ja z teog sobie nie zdawałem sprawy, ale np. Pani zamiast spać, to nasłuchuje moich paszczowych odgłosów sugerując mi, że to właśnie one ją budzą. To przecież niemożliwe??
Lubię jeszcze miejsce przy łazience, o właśnie tak:
 A i w samej łazience lubię wypoczywać, ale pod warunkiem, że nie jestem w niej sam. Woda szumi, jest ciepło, można się wtulić w kafelki i obmyślać w snach plan enzowych rządów nad tutejszymi kotami.





25.09.2012

moczenie brzucha

Poszedłem dziś z Panią polnymi ścieżkami przed siebie. Tereny już poznałem wcześniej podczas pewnego wyjścia z Panem, szalałem wtedy jak pijany zając - tak się przynajmniej mówi.
Dziś na początku spaceru grzecznie, a to  pole kukurydzy, a to pole buraków, a to jakaś koniczyna. Wszystko piękne, ja jednak czekałem aż pojawi się takie jedno przyjemne zejście do polnego strumyka.
Ten strumyk jest chwilami bardzo mały, płynie sobie w rowie i nawet go nie widać, trawa go zarasta. Jednak są miejsca gdy woda nieco rozlewa się po łące, to moje ulubione miejsca.

Pobiegłem radośnie w stronę wody, wpierw trochę się adlikonki napiłem, a dopiero potem zanurzyłem łapy, brzuch i inne psie części.
Adlikonka, to tutejsza woda, od nazwy dzielnicy miasteczka. To takie nieoficjalne określenie;-).
Poniżej moje wodne zabawy. Sam sobie je organizowałem, a to jedzenie co lepszych pędów trawy, a to szarpanie jakichś korzeni, a to zamulanie strumyka.





Było naprawdę bardzo przyjemnie i nawet fakt, że po przyjściu czekała na mnie szmatka mnie nie martwił. Prawdę mówiąc byłem pewien, że futro mi się wysuszy, błoto odpadnie i będę czysty . Niestety był to nadmiar optymizmu z mojej strony;-). Ale co tam, te parę minut czyszczenia i tak nie zepsuło mi dnia:-)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...