28.09.2011

Miramas-le-Vieux

Wielu miast czy miasteczek to ja nie zobaczyłem podczas wakacji na własne oczy. Ponoć to dlatego, że nie zachowuję się jak należy. Byc może, byc może.. Czasem pyskuje innym psom, chyba głównie o to chodzi. Ponoć są szanse, że jednak będę potrafił się kulturalnie wszędzie zachować. Pani mi powiedziała, że "przekazano jej sugestie". Nie wiem co to znaczy i kiedy Pani lub Pan użyją tej nowej wiedzy .. Z jednej strony fajnie jakbym mógl wszedzie jeździć i przebywać nawet w zatloczonej kawiarni, a z drugiej strony czasem po prostu lubię być trochę niegrzeczny. Podejrzewam jednak, że będzie to taka metoda treningowa podczas ktorej dostanę jakieś smakołyki bądź pochwały, więc może grzeczność i kultura popłaca?
http://www.miramas.org/tourisme/miramas-le-vieux/
Miramas-le-Vieux to jedn z tych miejsc gdzie byłem osobiście, a nie gdzie replika mnie zastępowała. Miasteczko jest bardzo stare i w czasie gdy je zwiedzaliśmy było w nim pusto, czasem jakiś kocur przemknął;-)

Oczywiście zwróciłem uwagę na roślinność.
Tu piękny oleander:
A tu dywan z kaktusów:
Upał był spory, szukałem cienia i wody. Trochę odpocząłem na kamiennej ławie.
A brzuszysko sobie schłodziłem w fontannie:
Potem przejeżdżaliśmy przez miasteczko Saint-Chamas. Tam było już bardzo gwarno. Nawet było coś na kształt plaży miejskiej, ale plaża nie była dostępna dla czworonogów.
Pan poszedł do cukierni, oprócz pysznej bagietki przyniósł pudełko, które wydzielało miły aromat. Oczywiście ciastka były tylko dwa, czyli ja musiałem zadowolić się piętką bagietki, ot taka to sprawiedliwość.

27.09.2011

Sól z Camargue


Wracając z plaży przejeżdzaliśmy koło miejsca w którym wydobywa sie sól. Wygląda to tak trochę księżycowo, przynajmniej dla mnie. Za bardzo się nigdy nie zastanawiałem nad tym skąd bierze się sól. Ona po prostu zawsze jest w solniczce:-)
Trudno mi uwierzyć, że to wszystko to sól, ale tak właśnie jest. Nawet mi sie to miejsce spodobało, tyle, że obserwacje można było prowadzić jedynie z tarasu widokowego. Widok jest wg mnie fascynujący.
Sól z Camargue jest podobno bardzo dobra, dla mnie to obojętne, bo ja nie używam soli:-)
A to gigantyczne owady, można je spotkac w tamtym rejonie. Na szczęście nie siadały na mnie.
Po drodze z plaży obserwowałem nie tylko ptaki(różne kaczki i oczywiście flamingi), widziałem pastwiska z bykami i końmi. Cały teren zielony praktycznie jest dla nich.
http://www.camargue.fr/
http://www.parc-camargue.fr/

http://www.midi-france.info/07020201_camargue.htm

pływać każdy może

Miałem któregoś dnia wyjazd nad morze, zupełnie się tego nie spodziewałem. Do morza nie było daleko. Jechaliśmy w strone Camargue, na Port-Saint-Louis-du-Rhone, tylko, że odpowiednio wcześniej przedostalismy sie promem na Rodanie na odpowiednią stronę. Czyli park Camargue, kopalnie soli i plażę. Droga D36D prowadzi przez podmokły teren prosto na szeroką i prawie pustą plażę. Jechalismy wolno, więc można było obserwować ptactwo zamieszkujące okolicę, różne ptaszyska tam były.
Plaża wielka, sporo camperów tam stało, ale i tak każdy miał duży kawał terenu tylko dla siebie, choć podejrzewam, że w sezonie letnim to wygląda tam całkiem inaczej..
Do wody wchodziłem z Panem i pływalismy prawie że łeb w łeb!
Potem skok do piasku i pd razu wytarzanie w nim sznupy. Dlaczego? Sam nie znam na to pytanie odpowiedzi. Po prostu czułem taką potrzebę, tak samo jak z premedytacją czasem napiłem się morskiej wody. Wiem, to glupie, ale stoje w wodzie po brzuch, słońce grzeje, woda miło szumi, jak sobie nie sprobować?
Pływałem od Pana, ktory byl w morzu, do Pani stojącej na plaży. Fale nie były za wysokie. Bardzo przyjemnie było..

Potem powrót i polewanie wodą z węża, aby zmyć z siebie tą słoną wodę. To też niby fajne, ale trochę mnie taki ogrodowy szlauch denerwuje, zdecydowanie wolę się moczyć w morzu lub jeziorze:-)

pies podwórkowy

Co tu pisac, zdjęcia same mówią gdzie było mi najlepiej. W kurzu i pyle, czasem w słońcu czasem w cieniu.
Tylko gdy jechałem autem gdzieś dalej, to miałem obrożę. A tak wszędzie chodziłem luzem.
Podobało mi się to:-)
Móglbym mieszkać na wsi, tak myślę. Byle plac wokół domu nie był za mały. Tak by starczyło miejsca na grę w piłkę, na jakiś trawnik, trochę piachu plus miejsce gdzie móglbym miec jakiś swój schowek gdy chiałbym w spokoju podumać, albo po prostu sobie uciąć drzemkę.

spacery

Codziennie chodziłem z Panem na spacery. Rankiem po wschodzie słońca byłem już gotów do wyjścia, czyli w okolicach 7-7.40.
Trochę wczesna pobudka, prawda? Ale przecież słońce wie najlepiej kiedy powinno się wstać, więc byłem mu posłuszny.
Rano była trasa ścieżkami pomiędzy winnicami, prosto do zagajnika z drzewami, tam było moje ulubione miejsce do zrzucenia całonocnego balastu.

Wieczorem podobna trasa, a popoludniami poznawałem dalszą okolicę.
Miałem też takie ulubione pole, kiedyś rosły tam drzewa oliwne, ale teraz nie ma nic oprócz takiej pisakowej ziemi i korzeni starych winorośli. Tam zawsze szalałem:

Stamtąd przynosiłem też kawałki drewna, które potem na podwórku zapamiętale gryzłem, a niektóre Pan spalił w grillu.
Podczas spacerów czułem się czasem jakby na świecie nie było więcej niż 10 osób: Pani, Pan, właściciele Pitchouline i paru myśliwych, biegaczy czy kolarzy.
Wszędzie spokój i przestrzeń.

La Pitchouline

Oto miejsce w którym wypoczywałem przez ostatnie tygodnie. Jedno z lepszych w jakich miałem okazję gościć. A głównie dlatego, że miałem tam nieograniczoną swobodę.
W domku normalnie: tu kącik do spania, tam inny kącik, ale to podwórko!
Dla mnie po prostu idealne, różne kwiaty, drzewa, krzaki, otoczone winnicami i takim niewielkim zagajnikiem. Sąsiadów nigdy nie spotkałem, tylko jak wiało to wyczuwałem, że jakiś pies w okolicy mieszka.
Mogłem sobie wychodzić i leżeć na tarasie, albo w wybranym miejscu na podwórku, albo oddalić się pod drzewa. Tyle, że ja zachowałem się jak taka miastowa ciapa. Sam nigdzie nie odbiegałem i czekałem aż ktoś ze mną choćby parę kroków zrobi. Teraz żałuję, że bardziej nie wykorzystałem takich możliwości... Może jeszcze tydzien, dwa albo i trzy i już wiedzialbym co robić.
Domek, zwany La Pitchouline, mały ale przytulny.
Miejsce do grillowania, często tam sobie leżałem, bardzo dobry punkt obserwacyjny.
Tam właśnie pojawił się ktoregoś dnia skorpion. Wszyscy się na niego gapili, nikt nie piszczał. A podobno taki skorpion nie jest przyjazny ludziom(psom chyba też nie??). Na szczęście poszedł sobie do jakiejś kryjówki i więcej się nie pokazał.
Zegar słoneczny, pod nim mieszkała jaszczurka, prawie codziennie wygrzewała się siedząc na ścianie obok zegara. Te małe jaszczurki mnie bardzo interesowały, ale były tak szybkie, że nie zdążyłem żadnej zobaczyć z bardzo bliska.
Jak na dworze było za ciepło, to wchodziłem do domu, on miał bardzo grube mury i zawsze było w nim przyjemnie.
Tu po schładzaniu się wodą z węża ogrodowego..
Nie mogło też zabraknąć codziennej porcji marchewki do chrupania. Z przyjemnością pożerałem ją na tarasie.
Wokół Pitchouline rosną zioła i oczywiście, jak to w Porwansji, lawenda.
I drzewko, a w zasadzie taki wyrośnięty krzak, a na nim grananty.
Trudno mi było w pierwszy dzień po powrocie: zamiast na podwórzu mogłem jedynie poleżeć na balkonie. Tam oleander przypomina mi wakacyjny czas:-)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...