Tak się miło złożyło, że miałem gościa, w dodatku damę. Kama przyjechała by powitać ze mną nowy rok. Podróż jej się nieco dłużyła, co rozumiem doskonale, w końcu dzieli nas z 1200 km!
Po dotarciu do Adlikonu miała jednak siłę na powitanie i obejrzenie wszystkich kątów. Potem poszliśmy spać, każdy do swojego pokoju. Następnego dnia bardzo mocno ją adorowałem praktycznie non stop. Być może zbyt nachalnie, tak myślę z perspektywy czasu.. No w końcu po jej wyraźnych sugestiach odpuściłem. Jednocześnie usłyszałem, że jestem jednym z najbardziej wytrwałych w zalecaniu się psów jakich zna. Myślę, że mogę to potraktować jako komplement;-)
Fakt, że za każdym razem jak się widzimy zachowuję się podobnie - skupiam się maksymalnie na Kamie, póki do mnie nie dotrze, że romansu z tego nie będzie. Wtedy po prostu odpuszczam i nie narzucam się. Ale taki jestem, że muszę próbować, to silniejsze ode mnie. Myślę, że jestem optymistą i tyle.
Po otrzymanym koszu nie czuję jakiejś tam urazy, spacerujemy razem, śpimy w ciągu dnia w pobliżu, czuwamy razem w kuchni itd.
Poniżej - Kama poznaje Adlikon:
Wspólne leżenie pod stołem - jedno pod, drugie w okolicy. Pod zawsze ten, kto przybiegł pierwszy;-)
Mam nadzieję, że Kamie szwajcarska wioska przypadła do gustu. Akurat trafiła na śnieżne dni, więc było wg mnie naprawdę uroczo.
A gdy goście odjechali, to ja szybko do pokoju, który zajmowali i .. bach, kłębek w plamie słonecznej. Najśmieszniejsze, że byłem przekonany iż nikt o tym się nie dowie, cicho wszedłem i cicho wyszedłem. Jednak jak widać ktoś mnie nakrył na tym nielegalnym wejściu na łóżko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goldenka Kama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą goldenka Kama. Pokaż wszystkie posty
10.01.2015
7.08.2014
u Kamy
Tak się złożyło, że spędziłem parę chwil ostatnio w Polsce. Oczywiście nie wiedziałem początkowo, że jadę tak daleko. Jednak jechaliśmy i jechaliśmy i zorientowałem się, że cel nie jest w okolicy Adlikonu. Gdy w końcu dotarliśmy, pomimo zmęczenia od razu ochoczo wyskoczyłem ze swojego miejsca samochodowego. Rozpoznałem znajomą okolicę - to królestwo Kamy było. I ona sama też już kręciła się po podwórku głośno mnie witając.
Wylewnie się z nią powitałem, ale chyba była nieco zaskoczona mocą moich uczuć;-)
Ja tak bardzo się cieszyłem, że nawet zapomniałem o przykazaniach pana doktora(by nie szaleć i uważać przy korzystaniu ze schodów). Szczęśliwie nic sobie nie nadwyrężyłem.
Akurat te dni były bardzo gorące i duszne, oboje z Kamą szukaliśmy więc jakichś chłodniejszych miejsc, przewiewu. Najlepsze były poranki - litościwie pobudkę zarządzałem w okolicy 7-mej a nie godzinę wcześniej. Pan jednak chętnie się budził i razem z Kamą szliśmy na podwórze, gdzie głośno i wyraźnie komunikowałem okolicy że już wstaliśmy;-).
Teraz wydaje mi się, że tyle czasu tam byliśmy, a przecież to była tak naprawdę taka krótka wizyta..
Jednak udało mi się zanurzyć w przyjemnej wodzie! Było to tak, że na spacerze w okolicznych lasach trafiło nam się błoto. Jaki pies z tego by nie skorzystał? Ja i Kama oczywiście uświniliśmy się konkretnie. I jak tylko pojawiła się rzeka, to hop i już byliśmy w wodzie.
Uczucie było fantastyczne, kręciłem łapami ile sił, a ciągle byłem w miejscu! To mnie bawiło i mógłbym zdecydowanie więcej czasu poświęcić na takie kąpiele;-)))
Mostek, raczej taki mało solidny, ale kto by się mostkiem przejmował, ważne jaka super rzeka pod nim płynie.
I oto ja pływający w miejscu;-)
A po takim spacerze obfitującym w leśne atrakcje dobrze było rozłożyć się w kuchni. Niby drzemka, niby zmęczenie, ale gdy Pan Kamy przyszedł robić posiłek, to wiadomo że coś tam i nam się dostało warzywnego..
I kiedy już sobie wszystko ustawiłem(że rankiem na podwórko, potem jakaś pobliska okolica, w międzyczasie drzemki w kuchni), to okazało się że już jedziemy do domu. Dla mnie jako psa jednak czas inaczej płynie i miałem wrażenie, że spędziłem z Kamą dużo miłych chwil.
Wylewnie się z nią powitałem, ale chyba była nieco zaskoczona mocą moich uczuć;-)
Ja tak bardzo się cieszyłem, że nawet zapomniałem o przykazaniach pana doktora(by nie szaleć i uważać przy korzystaniu ze schodów). Szczęśliwie nic sobie nie nadwyrężyłem.
Akurat te dni były bardzo gorące i duszne, oboje z Kamą szukaliśmy więc jakichś chłodniejszych miejsc, przewiewu. Najlepsze były poranki - litościwie pobudkę zarządzałem w okolicy 7-mej a nie godzinę wcześniej. Pan jednak chętnie się budził i razem z Kamą szliśmy na podwórze, gdzie głośno i wyraźnie komunikowałem okolicy że już wstaliśmy;-).
Teraz wydaje mi się, że tyle czasu tam byliśmy, a przecież to była tak naprawdę taka krótka wizyta..
Jednak udało mi się zanurzyć w przyjemnej wodzie! Było to tak, że na spacerze w okolicznych lasach trafiło nam się błoto. Jaki pies z tego by nie skorzystał? Ja i Kama oczywiście uświniliśmy się konkretnie. I jak tylko pojawiła się rzeka, to hop i już byliśmy w wodzie.
Uczucie było fantastyczne, kręciłem łapami ile sił, a ciągle byłem w miejscu! To mnie bawiło i mógłbym zdecydowanie więcej czasu poświęcić na takie kąpiele;-)))
Mostek, raczej taki mało solidny, ale kto by się mostkiem przejmował, ważne jaka super rzeka pod nim płynie.
I oto ja pływający w miejscu;-)
A po takim spacerze obfitującym w leśne atrakcje dobrze było rozłożyć się w kuchni. Niby drzemka, niby zmęczenie, ale gdy Pan Kamy przyszedł robić posiłek, to wiadomo że coś tam i nam się dostało warzywnego..
I kiedy już sobie wszystko ustawiłem(że rankiem na podwórko, potem jakaś pobliska okolica, w międzyczasie drzemki w kuchni), to okazało się że już jedziemy do domu. Dla mnie jako psa jednak czas inaczej płynie i miałem wrażenie, że spędziłem z Kamą dużo miłych chwil.
21.10.2011
w winnicy z Kamą

I wtedy już była po prostu sielanka. Jak były posiłki to zajmowaliśmy razem miejsce w okolicy stołu, nosiliśmy tego samego misia, obserwowaliśmy ulice z balkonu, szlismy razem do parku.

Pogoda nas mile (a innych niemile) zaskoczyła - był po prostu upał!
Wpadliśmy z Kamą pomiędzy winorośle jak psy spuszczone z łańcucha (:D).
Każdy z nas biegał po swojemu i widziałem, że Kamie się spodobało!



Wszystkie krzaki przybrały już jesienne barwy, część była już goła, tzn. owoce zostały zebrane. Ale kto szuka ten znajdzie i oczywiście znaleźliśmy takie na których jakieś kiście jeszcze wisiały.
Słodkie:-)



Oczywiście w końcu poczuliśmy zmęczenie, schowaliśmy się z Kamą w cieniu. Potem przy samochodzie wypiliśmy po misce wody i tylko czekaliśmy kiedy będzie możliwość zwinąć się w kłębek i uciąć sobie drzemkę.
To nastąpiło dośc szybko, zatrzymaliśmy się pod znajomą już kotleciarnią, gdzie psy sobie odpoczywały w cieniu, a ludzie zajmowali sie kotletami w panierce.
Ja nawiązałem tam kontakt z obcymi psami, głośno wymieniliśmy różne uwagi. Cóż, ostatecznie odpoczywałem pilnując samochodu. Pozornie.. bo tak naprawdę spałem po 5 minutach jak reks i można by mnie porwać razem z tym samochodem;-)



28.06.2011
psie zabawy
- Hej, Kama, biegałaś kiedyś po ściernisku?

- No jasne Enzo. Spróbuj jak ja się wytarzać, to przyjemne uczucie, coś jak masaż grzbietu.

- No nie wiem..Mówisz, że to masaż? A może grzbiet Cie swędzi i krępujesz się poprosić mnie o podrapanie? Chętnie Ci Kamusiu pomogę.

- Oj Enzo Enzo. Jakiś niedowiarek z Ciebie. Wyluzuj i po prostu mnie naśladuj.

- Może jednak następnym razem, Takie wierzganie przypomina mi konia od Bolka i Lolka, na pewno Kama znasz taką bajkę.
Czyli wychodzi na to, że koń i pies mają takie same przyjemności. Muszę to przemyśleć.. Teraz lepiej chodź ze mną pobiegać:-)

- Jejku, już nas wołają, dopiero co zaczęła się zabawa.
- Może ich zignorujemy? Wiesz, zabawa w "nic nie słyszałem, las tak głośno szumi, ptaki drą się jak opętane, trawa rośnie":-)
- Ha, ha ale już się na nich spojrzeliśmy..
- No to trzeba podbiec, jest jednak szansa, że coś ciekawego pojawi się za zakrętem.

- No jasne Enzo. Spróbuj jak ja się wytarzać, to przyjemne uczucie, coś jak masaż grzbietu.

- No nie wiem..Mówisz, że to masaż? A może grzbiet Cie swędzi i krępujesz się poprosić mnie o podrapanie? Chętnie Ci Kamusiu pomogę.

- Oj Enzo Enzo. Jakiś niedowiarek z Ciebie. Wyluzuj i po prostu mnie naśladuj.

- Może jednak następnym razem, Takie wierzganie przypomina mi konia od Bolka i Lolka, na pewno Kama znasz taką bajkę.
Czyli wychodzi na to, że koń i pies mają takie same przyjemności. Muszę to przemyśleć.. Teraz lepiej chodź ze mną pobiegać:-)

- Jejku, już nas wołają, dopiero co zaczęła się zabawa.
- Może ich zignorujemy? Wiesz, zabawa w "nic nie słyszałem, las tak głośno szumi, ptaki drą się jak opętane, trawa rośnie":-)
- Ha, ha ale już się na nich spojrzeliśmy..
- No to trzeba podbiec, jest jednak szansa, że coś ciekawego pojawi się za zakrętem.

woda jest najlepsza na upał

Udało nam się poszaleć, a najwięcej radości daje woda. Każda, nawet ta przez ludzi nazywana błotem. Tu jednak było sporo czystej i zimnej wody w której się wygłupialiśmy.
Spacer polegał na tym, że większość trasy przebiegliśmy w strumyku, tzn ja i Kama.



4.09.2010
pod stołem
Zastanawiałem się czy zamieścić zdjęcia z ludzkimi nogami.:-)
Nawet miałem pomysł, aby jakoś je usunąć( te nogi męskie), ale w sumie po co? Wiadomo, że jak pies leży pod stołem, to tylko dlatego, że człowiek tam usiadł.
A najczęściej dlaczego człowiek siedzie przy kuchennym stole? Bo coś smakowitego leży na stole;-)
I my z Kamą czuwaliśmy. Wieczór się zrobił, walczyliśmy z sennością, ze stołu żadne smakowite zapachy już nie dolatywały, ale my i tak pilnowaliśmy.

Pani lampą nam po ślepiach dała, to nie był najlepszy pomysł, spojrzałem więc z pewnym wrzutem..
Ale dziś jak spoglądam na te zdjęcia to mi się miło robi, że tak sobie z Kamą leżeliśmy wśród nóg.
Słyszałem też, że wielu sąsiadów nas podziwiało jak w dwójkę sobie spacerowaliśmy po parku:-)
Ech, jakiś sentymentalny się robię.
Nawet miałem pomysł, aby jakoś je usunąć( te nogi męskie), ale w sumie po co? Wiadomo, że jak pies leży pod stołem, to tylko dlatego, że człowiek tam usiadł.
A najczęściej dlaczego człowiek siedzie przy kuchennym stole? Bo coś smakowitego leży na stole;-)
I my z Kamą czuwaliśmy. Wieczór się zrobił, walczyliśmy z sennością, ze stołu żadne smakowite zapachy już nie dolatywały, ale my i tak pilnowaliśmy.

Pani lampą nam po ślepiach dała, to nie był najlepszy pomysł, spojrzałem więc z pewnym wrzutem..
Ale dziś jak spoglądam na te zdjęcia to mi się miło robi, że tak sobie z Kamą leżeliśmy wśród nóg.
Słyszałem też, że wielu sąsiadów nas podziwiało jak w dwójkę sobie spacerowaliśmy po parku:-)
Ech, jakiś sentymentalny się robię.

31.08.2010
Kama u mnie
Czekałem i czekałem, aż w końcu Kama wróciła.
Tydzień na to czekałem, ale warto było. Miałem wrażenie, że cieszy się na mój widok. W dodatku wróciła smuklejsza, pewnie holenderskie jedzenie jej nie smakowało;-)))

Kama nosiła moje maskotki, a mi to wcale nie przeszkadzało, przeciwnie - cieszyłem się, że jej się spodobały. Mi za to spodobały się zabawki Julki. Klocki idealnie mieściły się w mojej sznupie, a inne zabawki wydawały intrygujące dźwięki po naciśnięciu. To mnie trochę onieśmielało, więc delikatnie je brałem i niczego nie zepsułem.

Chodziliśmy razem na spacery po naszym parku, Kamę wyraźnie fascynowała ilość królików, ale to mnie nie dziwiło. W końcu kiedyś każdy królik wydawał mi się wart zainteresowania, za każdym chciałem biec..
W domu, gdy była ładna pogoda, to leżeliśmy sobie wśród roślinności na balkonie.
Gdy zostawaliśmy sami(a bywało i tak), to niestety: każdy z nas był w innym pokoju.
I to niestety przeze mnie, a raczej przez moje amory.
Wykorzystywaliśmy ten czas na spanie. Haha, miałem potem dużo energii i chęci by ją jakoś konkretnie spożytkować.
Kama leży pod stołem, ja obok, Kama przy kanapach, ja też, Kama w przedpokoju to i ja tam idę..
Jak tak leżeliśmy w jednym miejscu, to zawsze starałem się tak ułożyć, by choćby końcem łapy jej dotykać. Wtedy zawsze mi się dobrze drzemało.

Szkoda:D
Ale nie powiem, że nie próbowałem upolować jakiegoś smakołyku..
Jak widziałem drzwi pokoju Kamy otwarte, to cichcem tam wchodziłem i szperałem nosem po torbach naszych gości.
Raz odkryłem Julki biszkopty, ale w tym samym momencie mnie grzebiącego w torbie odkryła Pani i musiałem udawać, że " to nie jest to co myślisz".
A tutaj też nas ktoś przydybał na gorącym uczynku:

Taunus z Kamą
Jak wcześniej wspominałem, Kama wracając ze swoich wczasów miała mnie ponownie odwiedzić.
Oczywiście napiszę jak było, teraz tylko krótki film z naszego wypadu w Taunus.
trudno mi uwierzyć, że jeszcze wczoraj rankiem tak sobie biegaliśmy..
Dziś Kama biega już po swojej okolicy, teraz pewnie śpi, ciekawe czy mnie wspomina?;-)
Na tym krótkim filmie widać, że byłem dość natrętny, chciałem być grzeczny, dżentelmeński itd., a wyszło trochę inaczej. Ale.. naprawdę się starałem;-)
poniedziałkowy poranek w lesie

Ponieważ ostatni tydzień dość deszczowy, to i w lesie sporo kałuż i błota. A my obydwoje lubimy takie klimaty, co zresztą widać na zdjęciach.

(zrymowało mi się! i to nieświadomie.. co to może oznaczać??)


20.08.2010
worek z jedzeniem
Tytułowy worek z jedzeniem należał do Kamy.
Tak, Kama była u mnie. Nie za długo, ale ile przez ten czas się wydarzyło;-)
Ja czułem, że ktoś się pojawi, bo moje legowisko zostało przełożone do sypialni. Jakoś mnie to nie zmartwiło, bo przynajmniej mogę Pana zbudzić wcześnie rano;-)))
Ale do rzeczy: w środę rano Pani wyraźnie kogoś wyczekiwała, więc drzemałem czujnie, a jak tylko szła na balkon, to ja za nią.
Opłaciło się, bo w którymś momencie wyczułem jakieś znajome zapachy...
Kama choć pierwszy raz była u mnie we Frankfurcie, to od razu wiedziała gdzie iść. Przywitałem ludzi, ale naprawdę błyskawicznie, bo wiadomo, że najbardziej cieszyło mnie, że jakiś pies do mnie zawitał. W dodatku płci żeńskiej;-)
Kama też się cieszyła, ale okazywała mniej entuzjazmu niż ja, a może po prostu uważała, że powściągliwość jest wskazana?
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że baaaardzo się narzucałem tego pierwszego dnia. Pani mi to mówiła, ale ja jej nie słuchałem.. Łaziłem za Kamą krok w krok, zaczepiałem, a ona dawała mi sygnały, że nie jest zainteresowana moimi amorami.
Na moim miejscu każdy by jednak próbował: goldenka, dorosła, z pięknym futrem i łagodnym spojrzeniem, nęcącym zapachem..
Uspokoiłem się dopiero popołudniem, ale łatwe to nie było. Pomógł wspomniany na wstępie worek z jedzeniem. W moim pokoju nocowała Kama, jej Pan poukładał tam wszystkie ich bagaże. Ja czasem wpadałem tam, aby zrobić rozeznanie co w tych torbach jest;-), takie tam małe, psie wścibstwo. Za którymś razem odkryłem, że w jednej z toreb pachnie psią karmą...
Parę razy szturchnąłem ową torbę nosem i objawił się mi róg obfitości.
Kto by z tego nie skorzystał?
Posiliłem się, przyszła Kama, to jej pokazałem i pozwoliłem trochę podjeść, w końcu to jej jedzenie było. Ona z chęcią wykorzystała okazję. Potem jakieś tam ludzkie odgłosy nas spłoszyły.. Ale przyznaję się: poszedłem jeszcze raz poskubać tej karmy.
Potem poszliśmy do parku. Pokazywałem Kamie co i jak, doszliśmy nad jezioro i tam jakoś tak wyszło, że wszedłem z Kamą do wody.
(tak, wiem, że tam nie wolno, bo woda nie jest za dobra..)
Od razu popłynąłem na środek jeziora, Pan coś tam wołał, ale starałem się skupić na tym jak przyjemnie się pływa. W końcu jednak zawróciłem i zgodnie z poleceniem Pana wróciłem do brzegu.
Wróciliśmy do domu brudni, ale zadowoleni. Za to Pani miała minę nie okazującą radości.
Ale to wszystko nic..
Pan Kamy powiedział, że dziwne że Kama nie chce zjeść wafelka, który spadł Julce.. i ruszyła lawina.
Wszyscy zaczęli się zastanawiać jak to możliwe, bo Kama takich okazji nie przepuszcza.
A mój Pan powiedział, że jakoś tak wyjątkowo dużo afterowałem*. I jak to w takich sytuacjach bywa, od słowa do słowa, od nitki do kłębka czy jak tam to się mówi..
Odkryto naruszenie zapasów psiej żywności.
Pożarte zostało ponad 2 kg (no cóż powinienem napisać, że w większości ja to zrobiłem).
Karma była "light", jeśli to jakieś pocieszenie.
Wszyscy patrzeli na nas (psy) z wyrzutem, no oprócz Julki, ale ona chyba nie rozumiała powagi sytuacji:-). Od razu poczułem jak nielegalnie zdobyte jedzenie pęcznieje mi w żołądku i jak zaczyna mnie suszyć.
Piłem więc i piłem, zdążyłem tylko usłyszeć, że nie ma co liczyć na wieczorną miskę. I nie zmartwiłem się tym wcale.
Czułem tylko chęć uwolnienia się od tego co zalegało mi w żołądku, jelitach. W nocy męczyły mnie gazy:(, na szczęście uwalniałem je podczas snu, to niedobrych zapachów nie czułem.
Rano kontynuowałem ów proceder, a wyglądałem i tak jak beczka.
Cały czwartek ścisła dieta, czyli woda bez ograniczeń.
Buntu nie było;-)
Nawet nie próbowałem Julce niczego z ręki podebrać, choć jest to łatwe, bo ona jak idzie, to ręce ma na wysokości mojej sznupy.
Parę razy jej zabawki brałem do pyska, ale tego "nie wolno", więc przestałem.
Teraz Kama ze swoim Państwem wypoczywa nad morzem, ale jeszcze do nas przyjedzie w drodze powrotnej. Czekam z niecierpliwością:-)
Znów sobie poleżymy razem na balkonie, pobiegamy po parku, może nawet w Taunus pojedziemy...
Poza tym pierwszym dniem gdzie byłem nachalny, to tworzyliśmy zgodne stado: goldenka i labrador.
Dokumentacji fotograficznej brak, dziwne i w zasadzie nie wiem jak to możliwe;-)
*oddawanie stolca
Tak, Kama była u mnie. Nie za długo, ale ile przez ten czas się wydarzyło;-)
Ja czułem, że ktoś się pojawi, bo moje legowisko zostało przełożone do sypialni. Jakoś mnie to nie zmartwiło, bo przynajmniej mogę Pana zbudzić wcześnie rano;-)))
Ale do rzeczy: w środę rano Pani wyraźnie kogoś wyczekiwała, więc drzemałem czujnie, a jak tylko szła na balkon, to ja za nią.
Opłaciło się, bo w którymś momencie wyczułem jakieś znajome zapachy...
Kama choć pierwszy raz była u mnie we Frankfurcie, to od razu wiedziała gdzie iść. Przywitałem ludzi, ale naprawdę błyskawicznie, bo wiadomo, że najbardziej cieszyło mnie, że jakiś pies do mnie zawitał. W dodatku płci żeńskiej;-)
Kama też się cieszyła, ale okazywała mniej entuzjazmu niż ja, a może po prostu uważała, że powściągliwość jest wskazana?
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że baaaardzo się narzucałem tego pierwszego dnia. Pani mi to mówiła, ale ja jej nie słuchałem.. Łaziłem za Kamą krok w krok, zaczepiałem, a ona dawała mi sygnały, że nie jest zainteresowana moimi amorami.
Na moim miejscu każdy by jednak próbował: goldenka, dorosła, z pięknym futrem i łagodnym spojrzeniem, nęcącym zapachem..
Uspokoiłem się dopiero popołudniem, ale łatwe to nie było. Pomógł wspomniany na wstępie worek z jedzeniem. W moim pokoju nocowała Kama, jej Pan poukładał tam wszystkie ich bagaże. Ja czasem wpadałem tam, aby zrobić rozeznanie co w tych torbach jest;-), takie tam małe, psie wścibstwo. Za którymś razem odkryłem, że w jednej z toreb pachnie psią karmą...
Parę razy szturchnąłem ową torbę nosem i objawił się mi róg obfitości.
Kto by z tego nie skorzystał?
Posiliłem się, przyszła Kama, to jej pokazałem i pozwoliłem trochę podjeść, w końcu to jej jedzenie było. Ona z chęcią wykorzystała okazję. Potem jakieś tam ludzkie odgłosy nas spłoszyły.. Ale przyznaję się: poszedłem jeszcze raz poskubać tej karmy.
Potem poszliśmy do parku. Pokazywałem Kamie co i jak, doszliśmy nad jezioro i tam jakoś tak wyszło, że wszedłem z Kamą do wody.
(tak, wiem, że tam nie wolno, bo woda nie jest za dobra..)
Od razu popłynąłem na środek jeziora, Pan coś tam wołał, ale starałem się skupić na tym jak przyjemnie się pływa. W końcu jednak zawróciłem i zgodnie z poleceniem Pana wróciłem do brzegu.
Wróciliśmy do domu brudni, ale zadowoleni. Za to Pani miała minę nie okazującą radości.
Ale to wszystko nic..
Pan Kamy powiedział, że dziwne że Kama nie chce zjeść wafelka, który spadł Julce.. i ruszyła lawina.
Wszyscy zaczęli się zastanawiać jak to możliwe, bo Kama takich okazji nie przepuszcza.
A mój Pan powiedział, że jakoś tak wyjątkowo dużo afterowałem*. I jak to w takich sytuacjach bywa, od słowa do słowa, od nitki do kłębka czy jak tam to się mówi..
Odkryto naruszenie zapasów psiej żywności.
Pożarte zostało ponad 2 kg (no cóż powinienem napisać, że w większości ja to zrobiłem).
Karma była "light", jeśli to jakieś pocieszenie.
Wszyscy patrzeli na nas (psy) z wyrzutem, no oprócz Julki, ale ona chyba nie rozumiała powagi sytuacji:-). Od razu poczułem jak nielegalnie zdobyte jedzenie pęcznieje mi w żołądku i jak zaczyna mnie suszyć.
Piłem więc i piłem, zdążyłem tylko usłyszeć, że nie ma co liczyć na wieczorną miskę. I nie zmartwiłem się tym wcale.
Czułem tylko chęć uwolnienia się od tego co zalegało mi w żołądku, jelitach. W nocy męczyły mnie gazy:(, na szczęście uwalniałem je podczas snu, to niedobrych zapachów nie czułem.
Rano kontynuowałem ów proceder, a wyglądałem i tak jak beczka.
Cały czwartek ścisła dieta, czyli woda bez ograniczeń.
Buntu nie było;-)
Nawet nie próbowałem Julce niczego z ręki podebrać, choć jest to łatwe, bo ona jak idzie, to ręce ma na wysokości mojej sznupy.
Parę razy jej zabawki brałem do pyska, ale tego "nie wolno", więc przestałem.
Teraz Kama ze swoim Państwem wypoczywa nad morzem, ale jeszcze do nas przyjedzie w drodze powrotnej. Czekam z niecierpliwością:-)
Znów sobie poleżymy razem na balkonie, pobiegamy po parku, może nawet w Taunus pojedziemy...
Poza tym pierwszym dniem gdzie byłem nachalny, to tworzyliśmy zgodne stado: goldenka i labrador.
Dokumentacji fotograficznej brak, dziwne i w zasadzie nie wiem jak to możliwe;-)
*oddawanie stolca
20.05.2010
deszczowy pobyt w Polsce

Przez te 4 dni Pani chyba zapomniała, że miała aparat i uwieczniła tylko chwilę mojego kłębkowania pod stołem u Danki.
Cały mój krótki pobyt był deszczowy. Lało codziennie, albo rano, albo wieczorem, albo cały dzień.
Pomimo to codziennie byłem na długim spacerze w lesie. Mieszkałem u goldenki Kamy i razem sobie chodziliśmy na przechadzki.
Bardzo przyjemnie było, biegaliśmy, tropiliśmy leśną zwierzynę -wiele nowych zapachów.
W tym lesie można spotkać i sarnę i dzika!
Codziennie po tym spacerze przynosiliśmy do domu sporą ilość kleszczy(kleszczów?/)
Niektóre nie zdążyły się wbić w skórę, inne niestety tak. Miałem je wszędzie: w okolicach uszu, na łbie, między wąsikami, na klacie i na karku.
Któregoś dnia pojechałem z Panią i Panem do Chorzowa i Rudy Śląskiej, wystąpiłem jako gość honorowy:D
W Chorzowie już byłem, zapomniałem tylko, że muszę iść schodami aż do końca, na ostatnie piętro. Biegłem więc przodem i zatrzymywałem się na każdym piętrze, spoglądałem na Panią, a ona tylko mówiła: wyżej!
W końcu doszliśmy, tam była Danka i Irka, już je znałem, przywitałem się i od razu pobiegłem obwąchiwać mieszkanie. Było tam dużo roślin i to mnie interesowało, w pewnym momencie na takim niskim stoliku w kuchni wyczułem marchew i jabłka. Leżały dosłownie na wysokości mojej sznupy!
Marchew była ogromna i postanowiłem ją dyskretnie porwać i pożreć. Pani zauważyła moje podchody i powiedziała, że to dla mnie ale mam poczekać aż ktoś mi da. To poczekałem, opłacało się, bo była bardzo dobra. Dostałem jeszcze ciastka treserki, dostaję je teraz, podczas spacerów.
W końcu jednak ułożyłem się pod stolikiem i uciąłem sobie krótką drzemkę.
Po jakimś czasie wszyscy się zebrali i pojechaliśmy w nowe dla mnie miejsce.
Dom w Rudzie Śląskiej miał podobną klatkę schodową, tyle że nie trzeba było wchodzić na ostatnie piętro. W mieszkaniu była niespodzianka: mieszkał tam mały piesek, Nancy!
Była chyba tak samo jak ja zaskoczona spotkaniem;-)
Na początku chyba trochę się mnie bala, chociaż ja starałem się mieć łagodny wyraz pyska. Potem już była pewniejsza i zza ludzkich nóg mnie nawet opieprzyła;-)
Wcale się jej nie dziwie: chyba wszystkie jej zabawki sobie przywłaszczyłem.. oczywiście tylko na czas wizyty;-)
Zdziwiło mnie to, że to były takie małe zabawki, piłki malusieńkie, ale też Nancy jest bardzo mała. Znalazłem też jej legowisko - niestety nie miałem pomysłu jak się w nim zmieścić, tylko mój łeb by tam miał miejsce.
Z Nancy mieszka Asia, Arek, Karolina i Paweł. Chyba na początku ich zaskoczyłem swoją posturą. Najdłużej Paweł trzymał dystans, pewnie dlatego, że jest najmniejszy:-)
Pozwiedzałem sobie pokoje i nawet znalazłem tam fajne maskotki, ale okazało się, że nie były to psie zabawki i musiałem oddać.
Parę rzeczy jednak przemyciłem w sznupie i ukryłem w butach Pani, jednak też to pooddawała;-)
Nawet chciałem się ułożyć w kącie i poobserwować wszystko z boku, gdy stało się coś fascynującego: na stole pojawiło się jedzenie. A dodać muszę, że stolik był z tych zdecydowanie niskich i mogłem sięgnąć jęzorem do każdej potrawy. Kusiło, bardzo kusiło, ale pilnowano mnie.
Jak pojawiło się ciasto zwane sernikiem na zimno, to byłem bliski sukcesu. Już w wyobraźni czułem jego smak na końcu języka.. Ale mnie spacyfikowano..
Wieczorem usłyszałem, że mógłbym jednak podczas takich spotkań lepiej się zachowywać. Jakaś racja w tym jest, ale mnie tak wszystko ciekawi i jestem trochę wścibski, że trudno mi spokojnie leżeć jak wiem, że coś dzieje się w kuchni, albo ,że w pokojach jest tyle nowych dla mnie rzeczy.
Za to w stosunku do Kamy zachowywałem się jak prawdziwy dżentelmen:-)
Nie narzucałem się, ale byłem blisko, jest bardzo przyjemnie z innym psem. teraz gdy jestem dorosły to bardziej potrafię uszanować niezależność Kamy.
Teraz u niej w domu mieszka Julka. Ma prawie rok i jest bardzo wesoła. Wydaje mi się, że mnie polubiła. Raz podczas śniadania chleb sobie od ust odjęła i wyciągnęła rękę z nim w moją stronę. A ja z kulturą i wrodzoną delikatnością go sobie wziąłem:-)
Jak wróciliśmy do domu, to brakowało mi tego łatwego wyjścia na dwór. U Kamy to tylko drzwi się otworzy i już jest ogromne podwórko z świeżą trawą, krzakami i drzewami, a do lasu nie trzeba jechać autem. No i z drugiem psem jest jakoś weselej.
3.05.2009
jeszcze wpis polski
Jeszcze parę wspomnień z Polski.
W sobotę jak przyjechaliśmy, to wieczorem z Panią byłem w Chorzowie, trochę Dankę zaskoczyliśmy:-)
Ja zapomniałem, że trzeba wejść tak wysoko schodami i na każdym piętrze obwąchiwałem wszystkie drzwi i spoglądałem na Panią, która tylko mówiła "wyżej".
U Danki pierwsze co zrobiłem to lustrację, czyli obskoczyłem wszystkie kąty szukając interesujących rzeczy. Znalazłem wiele sztuk obuwia domowego, tu na przykład z papuciem Babci:
Pani jednak odbierała mi wszelkie znaleziska. Maskotkę różowego prosiaczka też.
To poszedłem do innego pomieszczenia prowadzić prace badawcze i odkryłem dwa ptaszki coś tam do siebie gadające w ptasim języku. Zbliżyłem łeb do ich domku i one jakby się speszyły czy coś w tym sensie.
Ale przyszła Irka i skupiłem się na powitaniach. Zjadłem jabłko, wołowe uszko i nagle poczułem, że muszę się zdrzemnąć. Danka misiowała mnie po brzuchu i spałem sobie mocno przez jakiś czas.
Potem zrobiło się ciemno i Pan po nas przyjechał.
W poniedziałek od rana byłem z Panią, Iza i Kamą.
Dzień był słoneczny i w końcu poszliśmy na podwórko. Wymyślałem tam różne zabawy, ale nie wszystkie wg Pani były mądre:-)
Trochę wygłupiałem się z Kamą:
Trochę biegałem samodzielnie sprawdzając wszystkie kąty podwórka. Kama ma bardzo duże podwórko i wg mnie bardzo atrakcyjne, jest tam wszystko co psa może uszczęśliwić.
Kama wygrzewała się w słońcu w innej części:
Nagle usłyszałem szum silnika samochodowego, to podjechał Pan, który rankiem gdzieś pojechał. Podbiegłem do ogrodzenia okazać swoją radość:

A to już wtorek, wracamy do domu.
Bardzo wcześnie rano z Panem, Grześkiem i Kamą biegaliśmy po okolicy. Potem już spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Katowic, tam z Panią siedziałem w takim jakby parku na terenie szpitala. Zachowywałem się wzorowo. Pani usiadła na ławce, to ja obok, potem nawet się położyłem obserwując jednak cały czas otoczenie. Każdy kto obok mnie przechodził to coś mówił, same dobre rzeczy, skromność nie pozwala mi powtórzyć:-)
Jedna pani podeszła i powiedziała, że "na terenie szpitalnym pies ma mieć kaganiec". Pani nic nie odpowiedziała, bo co miała powiedzieć, że ja nie mam czegoś takiego jak kaganiec? Jednak ta pani, podeszła bliżej i powiedziała, że tylko tak informuje, bo musi i zaczęła mi prawic komplementy i już to okropne słowo "kaganiec" więcej się nie pojawiło..
A tu jeden z postojów podczas drogi powrotnej:
no nuda:-)))
W sobotę jak przyjechaliśmy, to wieczorem z Panią byłem w Chorzowie, trochę Dankę zaskoczyliśmy:-)
Ja zapomniałem, że trzeba wejść tak wysoko schodami i na każdym piętrze obwąchiwałem wszystkie drzwi i spoglądałem na Panią, która tylko mówiła "wyżej".
U Danki pierwsze co zrobiłem to lustrację, czyli obskoczyłem wszystkie kąty szukając interesujących rzeczy. Znalazłem wiele sztuk obuwia domowego, tu na przykład z papuciem Babci:
To poszedłem do innego pomieszczenia prowadzić prace badawcze i odkryłem dwa ptaszki coś tam do siebie gadające w ptasim języku. Zbliżyłem łeb do ich domku i one jakby się speszyły czy coś w tym sensie.
Ale przyszła Irka i skupiłem się na powitaniach. Zjadłem jabłko, wołowe uszko i nagle poczułem, że muszę się zdrzemnąć. Danka misiowała mnie po brzuchu i spałem sobie mocno przez jakiś czas.
Potem zrobiło się ciemno i Pan po nas przyjechał.
W poniedziałek od rana byłem z Panią, Iza i Kamą.
Dzień był słoneczny i w końcu poszliśmy na podwórko. Wymyślałem tam różne zabawy, ale nie wszystkie wg Pani były mądre:-)
Trochę wygłupiałem się z Kamą:
A to już wtorek, wracamy do domu.
Bardzo wcześnie rano z Panem, Grześkiem i Kamą biegaliśmy po okolicy. Potem już spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Katowic, tam z Panią siedziałem w takim jakby parku na terenie szpitala. Zachowywałem się wzorowo. Pani usiadła na ławce, to ja obok, potem nawet się położyłem obserwując jednak cały czas otoczenie. Każdy kto obok mnie przechodził to coś mówił, same dobre rzeczy, skromność nie pozwala mi powtórzyć:-)
Jedna pani podeszła i powiedziała, że "na terenie szpitalnym pies ma mieć kaganiec". Pani nic nie odpowiedziała, bo co miała powiedzieć, że ja nie mam czegoś takiego jak kaganiec? Jednak ta pani, podeszła bliżej i powiedziała, że tylko tak informuje, bo musi i zaczęła mi prawic komplementy i już to okropne słowo "kaganiec" więcej się nie pojawiło..
A tu jeden z postojów podczas drogi powrotnej:
Subskrybuj:
Posty (Atom)