Pokazywanie postów oznaczonych etykietą enzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą enzo. Pokaż wszystkie posty
10.08.2016
azorek
W moim domu pojawił się nowy osobnik. Początkowo myślałem, że to sprzęt jak każdy wcześniej. Czyli sprzątnie co ma sprzątnąć a przy okazji pomruczy usypiająco.
Cóż wszystkie takie kuchenno - porządkowe sprzęty na mnie działają usypiająco.
Ten nowy jest jednak inny... bardzo bezczelny i mocno narusza moją przestrzeń. W dodatku brzęczy czasem jakimiś melodyjkami i wydaje komunikaty. Tak.. mówi "zrób to i to", "naciśnij to i to", "przenieś robota tu i tam"... i ludzie te rozkazy wykonują bez zawahania.
Robot pasie się głownie moimi włosami więc mógłby okazywać mi czasem więcej szacunku.
Ale nie - trąca mnie po grzbiecie, dotyka łba, łaskocze taka miotełką po łapach..
Ja staram się odsuwać, ale on zmierza do tego, abym wstał i zmienił miejsce wylegiwania się!!!
Czasem lezę niewzruszony;-)))
Muszę jednak przyznać, że jest bardzo pracowity i ma przyjemny dźwięk podczas pracy, prawie zawsze usypia mnie szybko i mocno!
9.11.2015
łąka
Ponieważ pogoda dopisuje, to Adlikonki nadal pasą się na Krowiej Górce. Codziennie je spotykam i czasem tylko na siebie spoglądamy, a czasem się wąchamy. Bywa też ma miejsce jakaś tam wymiana zdań;-).
Adlikonki są śliczne i za każdym razem patrzę na nie tak, jakbym pierwszy raz je widział. Długie rzęsy, duże oczy, zabawne grzywki..I pomimo tego, że są wielkimi zwierzętami, to w ich ruchach jest wiele gracji i zwinności.
Tu podchodzą się przywitać;-):
Lubię Krowią Górkę o każdej porze roku, zawsze ma ona swój urok i podoba mi się to, że jest taka zmienna. Jednak najweselsza jest właśnie pod koniec jesieni - gdy pojawiają się na niej krowy.
W tym roku wypas trwa długo, to zasługa pogody.
Lubię rano nasłuchiwać odgłosu dzwonków, zastanawiać się czy Adlikonki jeszcze śpią, czy już śledzą wschód słońca.
Popołudniu lubię obejść Krowią Górkę i patrzeć jak leżą, jak jedzą, jak się wygłupiają.
A wieczorem nic nie widać, tylko słychać;-)
A to sąsiadki, Wacianki - głośne powitanie.
Adlikonki są śliczne i za każdym razem patrzę na nie tak, jakbym pierwszy raz je widział. Długie rzęsy, duże oczy, zabawne grzywki..I pomimo tego, że są wielkimi zwierzętami, to w ich ruchach jest wiele gracji i zwinności.
Tu podchodzą się przywitać;-):
Lubię Krowią Górkę o każdej porze roku, zawsze ma ona swój urok i podoba mi się to, że jest taka zmienna. Jednak najweselsza jest właśnie pod koniec jesieni - gdy pojawiają się na niej krowy.
W tym roku wypas trwa długo, to zasługa pogody.
Lubię rano nasłuchiwać odgłosu dzwonków, zastanawiać się czy Adlikonki jeszcze śpią, czy już śledzą wschód słońca.
Popołudniu lubię obejść Krowią Górkę i patrzeć jak leżą, jak jedzą, jak się wygłupiają.
A wieczorem nic nie widać, tylko słychać;-)
A to sąsiadki, Wacianki - głośne powitanie.
1.04.2015
podejrzenia
Bez owijania w bawełnę:
mam pewne podejrzenia, że z nami zamieszka ... kot.
Skąd takie (niewesołe) myśli?
Bo po co calutki wieczór oglądać w internetach kocie domki? Po co głosne debaty na temat gdzie ów koci domek najbardziej pasuje?
Okazuje się, że najbardziej pasuje obok okna, dokładnie niedaleko mojego legowiska. Czyli budząc się, miałbym przed oczami od razu jakiegoś wyginającego się w porannej gimnastyce kocura. Czy nie lepiej sprawić sobie rybki lub jakaś inteligentną papugę? O tak, ja głosuję za papugą!!!!!!!
Nie wiem jakim cudem pojawił się pomysł kota w domu, przespałem początek tej dyskusji, poza tym tak wiało za oknem, że na początku myślałem, że gadka dotyczy jakiegoś płotu!
I zacząłem analizować do czego w domu potrzebny płot, płotek...kotekkkkkkk!!!!!!!!!!!
W ciągu jednej nocy i długiego poranka wyobraziłem sobie te wszystkie stresujące sytuacje - kot na kanapie, kot na moim legowisku, kot niedajboże na łóżku. Kot spraszający sobie do domu kocich znajomków(never neverrrrrr).
Z drugiej strony to zaufanie jakim mnie obdarzono - że na pewno z czasem się z kotem zaprzyjaźnię. Cóż, ktoś się chyba naoglądał za dużo obrazków w internecie!Tam kot i pies zawsze się bardzo kochają.
Mam cały dzień na obmyślenie planu jak storpedować pomysł kota w naszym domu. To po prostu skandal, to że staram się tolerować koty nie oznacza, że zaraz mam jakiegoś przyjmować do domu i może jeszcze robić mu z czasem miejsce we własnym legowisku.
Tak, też w internecie widziałem kocie wyczyny: olewaja swoje domki, leżą na komputerach, chowają się w kartony i wylegują na stole. Moje legowisko na pewno byłoby szybko zaanektowane do robienia puszystych kłębków.
Wychodzę na psiego egoistę, tak, wolałbym cały tłum innych psów, na pewno byśmy się jakoś pomieścili:-)))
No nic, powinienem zająć się organizacją powitalnego apero, w końcu od dziś na calutkie trzy miesiące moje rządy w Adlikonie:-))
A tu za oknem leje i wieje i jeszcze muszę obmyślać antykoci plan.
Ha, może popracuję nad poprawą swoich relacji z kotami na terenie wsi, wszystkie zaproszę na apero i z każdym small talk uprzejmy zrobię i wspólna fotka itd, tylko mieszkać nie musimy razem;-)
mam pewne podejrzenia, że z nami zamieszka ... kot.
Skąd takie (niewesołe) myśli?
Bo po co calutki wieczór oglądać w internetach kocie domki? Po co głosne debaty na temat gdzie ów koci domek najbardziej pasuje?
Okazuje się, że najbardziej pasuje obok okna, dokładnie niedaleko mojego legowiska. Czyli budząc się, miałbym przed oczami od razu jakiegoś wyginającego się w porannej gimnastyce kocura. Czy nie lepiej sprawić sobie rybki lub jakaś inteligentną papugę? O tak, ja głosuję za papugą!!!!!!!
Nie wiem jakim cudem pojawił się pomysł kota w domu, przespałem początek tej dyskusji, poza tym tak wiało za oknem, że na początku myślałem, że gadka dotyczy jakiegoś płotu!
I zacząłem analizować do czego w domu potrzebny płot, płotek...kotekkkkkkk!!!!!!!!!!!
W ciągu jednej nocy i długiego poranka wyobraziłem sobie te wszystkie stresujące sytuacje - kot na kanapie, kot na moim legowisku, kot niedajboże na łóżku. Kot spraszający sobie do domu kocich znajomków(never neverrrrrr).
Z drugiej strony to zaufanie jakim mnie obdarzono - że na pewno z czasem się z kotem zaprzyjaźnię. Cóż, ktoś się chyba naoglądał za dużo obrazków w internecie!Tam kot i pies zawsze się bardzo kochają.
Mam cały dzień na obmyślenie planu jak storpedować pomysł kota w naszym domu. To po prostu skandal, to że staram się tolerować koty nie oznacza, że zaraz mam jakiegoś przyjmować do domu i może jeszcze robić mu z czasem miejsce we własnym legowisku.
Tak, też w internecie widziałem kocie wyczyny: olewaja swoje domki, leżą na komputerach, chowają się w kartony i wylegują na stole. Moje legowisko na pewno byłoby szybko zaanektowane do robienia puszystych kłębków.
Wychodzę na psiego egoistę, tak, wolałbym cały tłum innych psów, na pewno byśmy się jakoś pomieścili:-)))
No nic, powinienem zająć się organizacją powitalnego apero, w końcu od dziś na calutkie trzy miesiące moje rządy w Adlikonie:-))
A tu za oknem leje i wieje i jeszcze muszę obmyślać antykoci plan.
Ha, może popracuję nad poprawą swoich relacji z kotami na terenie wsi, wszystkie zaproszę na apero i z każdym small talk uprzejmy zrobię i wspólna fotka itd, tylko mieszkać nie musimy razem;-)
![]() |
zatroskany |
19.08.2014
poranki
Poranki, które już zdają się być bardziej jesienne niż letnie. Słońce nie jest takie ostre(hurra), chmury się kłębią.
Rano prawie zawsze jestem sam na spacerze, nie ma o tej porze innych psów. Koty coraz dłużej na zapieckach, tylko koguta czasem słyszę. Ten to budzi się chyba pierwszy z całego Adlikonu!
Wieczory -zakładając że nie pada- też urocze i pełne kolorów. Codziennie doglądam pola buraków, ciągle tam są!
Rano prawie zawsze jestem sam na spacerze, nie ma o tej porze innych psów. Koty coraz dłużej na zapieckach, tylko koguta czasem słyszę. Ten to budzi się chyba pierwszy z całego Adlikonu!
![]() |
kto tam czai się za mostkiem? |
![]() |
oczywiście ja, Enzuś:-) |
3.07.2014
król Adlikonu
Król Adlikonu najlepiej czuje się w weekendy o brzasku. Kiedy to wychodzi na spacer a całe królestwo jeszcze śpi.
Dumnie kroczy zaglądając w wszystkie kąty, i znacząc swoje granice w terenie. Jedynie kogut próbuje nawiązywać kontakt, ale cóż: siedzi on na zagrodzonym podwórku, więc jego wpływy są mocno ograniczone.
Król Adlikonu napawa się ciszą(przerywaną sporadycznie pianiem) i bezruchem, oraz myślą, że jak wróci z przechadzki, to w misce pojawi się śniadanie, a potem przysmaki.
Czy można się czuć królem nie mając korony? Oczywiście!!!
Po co komuś jakieś ozdóbki utrudniające swobodny ruch.
Tak właśnie myślałem, aż nagle wczoraj wieczorem zostałem "udekorowany".
Pierwsze co sobie pomyślałem było bardzo, ale to bardzo niecenzuralne!
Drugie, to co powiedziałyby adlikońskie koty? One by się tarzały ze śmiechu! Jestem pewien. Uważają, że jestem samozwańczym królem, bo prawdziwy to wywodzi się z kociej gromady. I zapewne widząc mnie w kołnierzu miauczałby: Enzo, czy to twoja korona?
Na szczęście ta wątpliwa ozdoba służy mi tylko w domu i to nie cały czas. Miałem wizytę u doktora, który badał bardzo dokładnie moją łapę, na której mam uczulenie? uszkodzenie? nie wiadomo. W każdym razie wszystko pod kontrolą. Czekam jednak aż będę i bez opatrunku i bez kołnierza!
Dumnie kroczy zaglądając w wszystkie kąty, i znacząc swoje granice w terenie. Jedynie kogut próbuje nawiązywać kontakt, ale cóż: siedzi on na zagrodzonym podwórku, więc jego wpływy są mocno ograniczone.
Król Adlikonu napawa się ciszą(przerywaną sporadycznie pianiem) i bezruchem, oraz myślą, że jak wróci z przechadzki, to w misce pojawi się śniadanie, a potem przysmaki.
Czy można się czuć królem nie mając korony? Oczywiście!!!
Po co komuś jakieś ozdóbki utrudniające swobodny ruch.
Tak właśnie myślałem, aż nagle wczoraj wieczorem zostałem "udekorowany".
Pierwsze co sobie pomyślałem było bardzo, ale to bardzo niecenzuralne!
Drugie, to co powiedziałyby adlikońskie koty? One by się tarzały ze śmiechu! Jestem pewien. Uważają, że jestem samozwańczym królem, bo prawdziwy to wywodzi się z kociej gromady. I zapewne widząc mnie w kołnierzu miauczałby: Enzo, czy to twoja korona?
Na szczęście ta wątpliwa ozdoba służy mi tylko w domu i to nie cały czas. Miałem wizytę u doktora, który badał bardzo dokładnie moją łapę, na której mam uczulenie? uszkodzenie? nie wiadomo. W każdym razie wszystko pod kontrolą. Czekam jednak aż będę i bez opatrunku i bez kołnierza!
17.11.2011
długie, jesienne wieczory

Chciałbym mieć takie urządzenie, które sczytywałoby moje myśli i od razu przekształcało je w ludzką mowę, a raczej pismo. To by mi wiele ułatwiło.
Oczywiście nie wszystkie myśli, o nie:D

Dopiero co Kama była u mnie, a już i ja ją odwiedziłem. Krótko i niespodziewanie.
Wcześniej się nie przyznałem do tego, ale podczas jej odwiedzin u mnie musiałem iść do lekarza.
Poczułem w pewnej chwili duży dyskomfort w udku i zasygnalizowałem to wyraźnie. Pojechałem z Panem do Frau Cornelii. Tam zostałem jak zawsze obsypany smakołykami. Podejrzewam, że chyba jestem jednak jedynym psem, który sam i z radością wskakuje u niej na stół zabiegowy. Frau Cornelia podotykała mnie i od razu wiedziała co mi dolega. Otóż miałem zwyczajne lumbago! Dostałem zastrzyki i tabletki. Padła też sugestia bym oszczędzał się nieco, czyli pohamować dzikie skoki. A ja co zrobiłem zaraz następnego poranka?
Jak wybiegłem na dwór i nie czułem bólu, to od razu takie psie adhd zrobiłem, że aż króliki chowaly się w tych swoich norach. Po prostu taka radość mnie rozpierała... tak wie, stary a głupi;-)
W Polsce czas spędzałem z Kamą, razem chodziliśmy na spacery, razem sami zostawaliśmy w domu. Od samego początku zachowywałem się kulturalnie. Miał też miejsce pewien incydent..
Otóż wszyscy prowadzili jakąś dyskusję, nie zapowiadało się już na żaden posilek, to z Kamą stwierdziliśmy, że należy iść w jakieś spokojne miejsce.
Sypialnia była dobrym pomysłem. Przede wszystkim dlatego, że drzwi do niej były otwarte.
Poczekałem aż Kama pierwsza wybierze sobie miejsce do leżenia - wybrała moje legowisko. Jak prawdziwy dżentelmen pogodziłem się szybko z tą stratą, byle dama miała wygodnie.
A ja? Chwila namysłu i już leżę w kłębku na łóżku. Jest takie niskie, że żal nie skorzystać.
I tak sobie błogo leżeliśmy, każde zadowolone ze swojego wyboru;-).
Tylko nagle w drzwiach pojawił się Pan. Nie wiem po co, bo akurat zapadałem w mocniejszy sen. Wiadomo jak to się skończyło - przepędzono mnie z łóżka, głośno komentując moje niby to bezczelność i tupet. Byłem wtedy bardzo rozgoryczony.

Zauważyłem, że w parku są coraz większe królicze nory. Trudno tego nie zauważyć, ostatnio w jedną wpadłem. Na szczęście nic się nie stało, ale dość mnie to zaskoczyło. Liście dokładnie zakryły dziurę i po prostu nie zorientowałem się póki w nią łapa mi nie wpadła.
Staram się żyć z królikami w zgodzie, ale myślę, że juz na za wiele sobie pozwalają. A lis sie kręci po okolicy. Przedwczoraj na wieczornym spacerze lis się pojawił. Pan pierwszy go zauważył. Ja go wyczułem jak zawiało, od razu podskoczyłem na wszystkich łapach i głośno do niego zagadałem. Ale lis już gdzieś pobiegł. Może dlatego króliczki kopią coraz głębsze nory, by sie lepiej schować? Ale z tego co wiem, to lis też potrafi ryć głęboko?
Lis uciekł, króliczki też uciekają na mój widok... ale rano zawsze są jakby śmielsze. Choć podejrzewam, że one czasem się ze mnie naśmiewają.
Czasem mi w brzuchu głośno zaburczy i dla nich jest to chyba zabawne. Albo to jak łapami tylnymi kopię liście. Może się też nabijają z tego jak Pani mnie taką różową szczotką czesze?
Ciekawe co za myśli się pojawiaja w tych króliczych łbach?:)

14.06.2011
Grande Dixence
Pojechaliśmy też zobaczyć Grande Dixence.
http://www.grande-dixence.ch/
Sukces był połowiczny, nie udało się wejść do samego końca. Co oznacza, że na pewno jeszcze kiedyś się tam pojawię, bo to co już zobaczyłem zaostrzyło mój apetyt.
Droga do Dixence jest czynna tylko przez część roku, zimą czy też wczesną wiosną nie da się tam dojechać. Jakoś mnie to nie dziwi, bo zakrętów była spora ilość..
Parking pod zaporą był pusty, ci co w tym dniu zwiedzali najwyraźniej już odjechali, nie dziwne, bo pora była późno popołudniowa, a chmury czarne kłębiły się jak oszalałe.
To szare na czym stoję z Panem, to śnieg, a nad nami tony betonu:
Solo:
Z parkingu reszta trasy to własne nogi, ewentualnie kolejka linowa, która już od jakichś 20 min. była nieczynna. pech, to było wiele ułatwiło. Tak czy inaczej podeszliśmy w górę, do budynku który kojarzył się z hotelem z książki Kinga "Lśnienie". Też wielki, też na odludziu i też pusty;-).
Przez szyby było widać, że część pokoi jest wyposażona, zapewne robotnicy w tym hotelu w okresie zimowym mieszkają. Była też tam restauracja ale zamknięta.
Obok wspomniana kolejka i biuro informacyjne, wszystko już niestety pozamykane.
Woda dla spragnionego wędrowca:
I pomimo tego, że podeszliśmy w górę tylko mały kawałek widoki były piękne:


Zapora dla mnie wygląda bardzo tajemniczo, na przykład znalazłem takie drzwi:
Już sobie wyobraziłem te wszystkie korytarze, labirynty jakie są we wnętrzu. Tylko pewnie nikt oprócz pracowników nie może tam przebywać.
Co tam jeszcze w dole widać?
Aaa, to Pani ogląda ten wielki budynek;-)

Jeszcze chwila przy zaporze:
http://www.grande-dixence.ch/
Sukces był połowiczny, nie udało się wejść do samego końca. Co oznacza, że na pewno jeszcze kiedyś się tam pojawię, bo to co już zobaczyłem zaostrzyło mój apetyt.
Droga do Dixence jest czynna tylko przez część roku, zimą czy też wczesną wiosną nie da się tam dojechać. Jakoś mnie to nie dziwi, bo zakrętów była spora ilość..
Parking pod zaporą był pusty, ci co w tym dniu zwiedzali najwyraźniej już odjechali, nie dziwne, bo pora była późno popołudniowa, a chmury czarne kłębiły się jak oszalałe.
To szare na czym stoję z Panem, to śnieg, a nad nami tony betonu:



Obok wspomniana kolejka i biuro informacyjne, wszystko już niestety pozamykane.






Co tam jeszcze w dole widać?


Jeszcze chwila przy zaporze:

12.06.2011
Ścieżka Zmysłów
W piątkowy poranek po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę szwajcarskich Alp.
Przez jakiś czas jechało mi się przyjemnie, ale nagle zrozumiałem co się wydarzy: jazda górskimi serpentynami!
Pomyślałem, że trudno, trzeba to jakoś wytrzymać, na pewno miejsce do którego zmierzamy będzie piękne i to wynagrodzi mi te zawirowania na zakrętach:)
Widoki z okna były bardzo zachęcające i już byłem pewien, że czeka mnie przechadzka górskimi ścieżkami.
Zatrzymaliśmy się w jakiejś małej miejscowości, już chciałem wysiadać, ale okazało się, że jeszcze chwilę trzeba jechać. Choć Pani i Pan z kimś się przywitali, więc wydedukowałem, że będziemy mieć spotkanie z kimś nowym. Od razu zacząłem się zastanawiać kto to będzie, czy tam gdzie jedziemy mieszka pies, a może kot?;-).
Ten kawałek drogi minął błyskawicznie, nie miałem więc czasu na jakieś głębsze analizy, Pani jeszcze mi rzuciła: pamiętaj Enzo, zachowuj się jak trzeba!
Ha, różnie to jednak można interpretować, więc stwierdziłem, że będę po prostu sobą.
Rozpocząłem od tego, że zademonstrowałem swoje możliwości głosowe. Basem, tak głośno, że pewnie wszystkie sarny mieszkające w okolicy usłyszały o moim przybyciu..
Teraz mi trochę głupio, lepiej nie drzeć się tak na wstępie.
Zaraz też podszedłem zapoznać się z nowymi osobami, była to Holly http://www.dziennikparyski.com/ i jej rodzina.
Wszystkich trochę powąchałem, trochę(niestety) poobskakiwałem, dałem się pogłaskać. I pobiegłem rozpoznać teren. Krzaki, drzewa, trawa, kuchnia;-)
Wszystko mnie interesowało i chciałem być wszędzie: w kuchni zapachy, w ogródku grill, a także wielka piłka. Parę razy udało mi się ją upolować, ale Pani mi wyjaśniła, że to nie jest psia piłka.
Holly zaprowadziła nas na szlak. Sentier des Sens -bardzo ładna nazwa.
http://www.latzoumaz.ch/en/ete/detail.php?idContent=520
Ścieżka zaczynała się od małego muzeum. Parę drewnianych domków, a w środku różne niespodzianki na mnie czekały. Zaskakujące spotkania. Wpierw zauważyłem ptasie figury, ale stały jakoś nieruchomo i nie były wystraszone tym, że się kręcę po pomieszczeniu.
Pomyślałem, że to takie ptaki-zabawki, a tu nagle usłyszałem ich głosy, zamurowało mnie. jeden skończył swoje ćwierkanie to inny zaczynał. A wszystkie chwaliły się jak to wspaniałe jest mieszkać w Szwajcarii.
Jeszcze nie zdążyłem rozwikłać tej ptasiej zagadki, a już w kolejnym pomieszczeniu poczułem się jeszcze bardziej zbity z tropu:
Kto by nie był, prawda?Wąchałem zwierzęta, ich zapach był dość słaby, ale one wyglądały jak żywe! Podeszłem do każdego egzemplarza, powąchałem te miejsca co trzeba, zero ruchu ze strony tych zwierząt, niektórym spoglądałem głęboko w oczy, nie reagowały. Poczułem się dość skonsternowany... co jest grane?
Okazało się, że to wypchane zwierzęta. Kiedyś były żywe, biegały po alpejskim lesie, ale gdy ich czas się skończył zostały muzealnymi eksponatami.
To jak Szarik z Pancernych!(czytałem o nim w internecie).

Ten lisek był jak żywy, ciekawe czy taki żywy tez zechciałby stanąć ze mną nos w nos?
Potem to już była tylko trawa, woda, trawa, woda;-)
Czasem na smyczy(nakaz), a czasem swobodny bieg.

Wszędzie było sporo wody, a to kanał, a to strumyk. Korzystałem ile się dało. To było bardzo przyjemne, picie takiej czystej wody, pluskanie się w niej, a potem przegryzanie soczystej trawy.
Wtedy myślałem o tych krowach, które w tej okolicy żyją, są słynne, z ich mleka robi się przecież ser gruyere.. http://www.globtroter.org/gruyere.html
O nim jeszcze wspomnę w innym wpisie.



Nadszedł moment, że trzeba było kończyć spacer i wracać do domku Holly.
Z podwórza jest jeden z najpiękniejszych widoków górskich jakie widziałem. Widać Alpy, w dole jest dolina Rodanu, wszystkie miasteczka widać jak na dłoni. Można tak stać i patrzeć bardzo długo. Ja oczywiście oprócz kontemplowania widoków pilnowałem tego co się dzieje przy grillu. Starałem się jednak trzymać odpowiedni dystans, aby nie wyjść na jakiegoś łakomczucha. Czułem apetyczne zapachy, popróbowałem różnych sztuczek(mina typu głodny pies, magnetyzujące spojrzenie po którym ręka z widelcem zadrży itd).
Zamiast czekoladowego kremu (do tej pory słyszę nad nim zachwyty), czy też przypieczonej kiełbaski dostałem wielką kość:

Wpierw się nią delektowałem, a potem po prostu zdecydowanie pożarłem.
Czas mijał i czułem się już dobrze zaaklimatyzowany, w dodatku usłyszałem tyle miłych słów o sobie. Aż mnie duma rozpierała, bo kto nie lubi usłyszeć czegoś dobrego o sobie?
Nawet słysząc jakieś ruchy w zaroślach zainterweniowałem, wyczułem, że to jakaś leśna zwierzyna i dałem jasny komunikat: dziś ja tutaj pilnuję, podwórko pod ochroną.
Żal mi było wyjeżdżać, bo takie miejsce jest wprost idealne dla mnie. Las, woda, góry, spokój, przestrzeń. Ale cóż, na razie pozostaje miejskim labradorem, a ciche zakątki mam podczas wakacji, nie mogę narzekać. Cieszę się z tego co mam, taki pozytywnie nastawiony do wszystkiego jestem i zamierzam być.
Holly, miło mi u Was i z Wami czas minął, a może kiedyś na tym ładnym podwórku będzie biegał Wasz pies, wiem, że byłby szczęśliwy.
Przez jakiś czas jechało mi się przyjemnie, ale nagle zrozumiałem co się wydarzy: jazda górskimi serpentynami!
Pomyślałem, że trudno, trzeba to jakoś wytrzymać, na pewno miejsce do którego zmierzamy będzie piękne i to wynagrodzi mi te zawirowania na zakrętach:)

Zatrzymaliśmy się w jakiejś małej miejscowości, już chciałem wysiadać, ale okazało się, że jeszcze chwilę trzeba jechać. Choć Pani i Pan z kimś się przywitali, więc wydedukowałem, że będziemy mieć spotkanie z kimś nowym. Od razu zacząłem się zastanawiać kto to będzie, czy tam gdzie jedziemy mieszka pies, a może kot?;-).
Ten kawałek drogi minął błyskawicznie, nie miałem więc czasu na jakieś głębsze analizy, Pani jeszcze mi rzuciła: pamiętaj Enzo, zachowuj się jak trzeba!
Ha, różnie to jednak można interpretować, więc stwierdziłem, że będę po prostu sobą.

Teraz mi trochę głupio, lepiej nie drzeć się tak na wstępie.
Zaraz też podszedłem zapoznać się z nowymi osobami, była to Holly http://www.dziennikparyski.com/ i jej rodzina.
Wszystkich trochę powąchałem, trochę(niestety) poobskakiwałem, dałem się pogłaskać. I pobiegłem rozpoznać teren. Krzaki, drzewa, trawa, kuchnia;-)
Wszystko mnie interesowało i chciałem być wszędzie: w kuchni zapachy, w ogródku grill, a także wielka piłka. Parę razy udało mi się ją upolować, ale Pani mi wyjaśniła, że to nie jest psia piłka.
Holly zaprowadziła nas na szlak. Sentier des Sens -bardzo ładna nazwa.
http://www.latzoumaz.ch/en/ete/detail.php?idContent=520
Ścieżka zaczynała się od małego muzeum. Parę drewnianych domków, a w środku różne niespodzianki na mnie czekały. Zaskakujące spotkania. Wpierw zauważyłem ptasie figury, ale stały jakoś nieruchomo i nie były wystraszone tym, że się kręcę po pomieszczeniu.
Pomyślałem, że to takie ptaki-zabawki, a tu nagle usłyszałem ich głosy, zamurowało mnie. jeden skończył swoje ćwierkanie to inny zaczynał. A wszystkie chwaliły się jak to wspaniałe jest mieszkać w Szwajcarii.
Jeszcze nie zdążyłem rozwikłać tej ptasiej zagadki, a już w kolejnym pomieszczeniu poczułem się jeszcze bardziej zbity z tropu:

Okazało się, że to wypchane zwierzęta. Kiedyś były żywe, biegały po alpejskim lesie, ale gdy ich czas się skończył zostały muzealnymi eksponatami.
To jak Szarik z Pancernych!(czytałem o nim w internecie).


Potem to już była tylko trawa, woda, trawa, woda;-)
Czasem na smyczy(nakaz), a czasem swobodny bieg.


Wtedy myślałem o tych krowach, które w tej okolicy żyją, są słynne, z ich mleka robi się przecież ser gruyere.. http://www.globtroter.org/gruyere.html
O nim jeszcze wspomnę w innym wpisie.




Z podwórza jest jeden z najpiękniejszych widoków górskich jakie widziałem. Widać Alpy, w dole jest dolina Rodanu, wszystkie miasteczka widać jak na dłoni. Można tak stać i patrzeć bardzo długo. Ja oczywiście oprócz kontemplowania widoków pilnowałem tego co się dzieje przy grillu. Starałem się jednak trzymać odpowiedni dystans, aby nie wyjść na jakiegoś łakomczucha. Czułem apetyczne zapachy, popróbowałem różnych sztuczek(mina typu głodny pies, magnetyzujące spojrzenie po którym ręka z widelcem zadrży itd).
Zamiast czekoladowego kremu (do tej pory słyszę nad nim zachwyty), czy też przypieczonej kiełbaski dostałem wielką kość:


Czas mijał i czułem się już dobrze zaaklimatyzowany, w dodatku usłyszałem tyle miłych słów o sobie. Aż mnie duma rozpierała, bo kto nie lubi usłyszeć czegoś dobrego o sobie?
Nawet słysząc jakieś ruchy w zaroślach zainterweniowałem, wyczułem, że to jakaś leśna zwierzyna i dałem jasny komunikat: dziś ja tutaj pilnuję, podwórko pod ochroną.
Żal mi było wyjeżdżać, bo takie miejsce jest wprost idealne dla mnie. Las, woda, góry, spokój, przestrzeń. Ale cóż, na razie pozostaje miejskim labradorem, a ciche zakątki mam podczas wakacji, nie mogę narzekać. Cieszę się z tego co mam, taki pozytywnie nastawiony do wszystkiego jestem i zamierzam być.
Holly, miło mi u Was i z Wami czas minął, a może kiedyś na tym ładnym podwórku będzie biegał Wasz pies, wiem, że byłby szczęśliwy.
18.05.2011
co na obiad?

Było wtedy bardzo ciepło, sporo ludzi spacerowało, ale i tak mi się podobało.



Tu część stoisk już nieczynna, ale na tych co były otwarte też było w czym wybierać.



Przyszła więc pora by rozejrzeć się za jakimś miłym miejscem gdzie będzie lokalnych smakołyków do wyboru i koloru.
Wybór padł na La Cremaillere:





Subskrybuj:
Posty (Atom)